Archive for » Marzec, 2010 «

Sąsiedzi. Nie, nie ci z dobranocki …

hej wszystkim, to pisze ja – Wasza zrezygnowana, smutna, skwaszona, zaniepokojona Dżeniska. Huk z Sekretem, nie wierzę że sama to piszę … ale no po prostu czas na parę zdań o dość głupim problemie, ale jednak problemie …

Chodzi o moich sąsiadów. Dobijają mnie. Powodują, że we własnym domu czuję się zastraszona. Już pisze o co chodzi. Kilka tygodni temu miałam gości: 3 osoby z pracy. Było miło, owszem było piwo i siedzenie do 3 rano. Ale naprawdę nie było tańców, tupania i śpiewów, innymi słowy uważam (i pozostali też), że byliśmy naprawdę cicho. Tymczasem następnego dnia wychodząc z mieszkania zastałam na moich drzwiach kartkę a4 z prośbą, abym więcej w nocy „nie wrzeszczała”. Kartka podpisana: Pani Sąsiadka. Było mi najpierw wstyd, potem głupio, a potem się wkurzyłam. Po pierwsze naprawdę nie byliśmy głośno, po drugie nawet jeśli komuś przeszkadzałam, to, chociaż nie czuję się winna, i tak chciałabym przeprosić, jakoś to załagodzić – ale kogo mam przepraszać? Mam chodzić od drzwi do drzwi? Na moje klatce jest 6 mieszkań… Po trzecie naprawdę uraził mnie sposób komunikacji. Nawet nie komunikacji … to była jakaś manifestacja, jakieś pieprzone ukamienowanie publiczne – w końcu kartę na drzwiach zauważy każdy, kto będzie przechodził. I się wkurzyłam. Odpuściłam pomysł szukania Miłej Sąsiadki i po dwóch tygodniach panikowania czy przypadkiem suszarka do włosów nie jest za głośno, lub jak chodzę, oddycham … powiedzmy, że jakoś doszłam do siebie.

A tu w czwartek dostaję dziwnego smsa od Maxa, właściciela mieszkania. Max pyta czy mam już wszystkie tabliczki z nazwiskiem, czy też ma dla mnie zamówić. W moim posh budynku wszystkie tabliczki (na domofonie, skrzynce pocztowej i przy drzwiach) muszą być piękne, złote z czarnymi literami. I muszą być. To trochę przegięcie z tym designem, ale generalnie w Niemczech nie obowiązują numery mieszkań, stąd zasada posiadania tych tabliczek raczej powinna (dla własnego dobra) być przestrzegana, inaczej nie dostaniesz listów itp. Krótko po wprowadzeniu się zorganizowałam sobie te tabliczki, więc pytanie Maxa uznałam za „Filipa z konopi”, może mu się przypomniało albo coś. Nie odpisałam. A tu Max dzwoni i dopytuje o tabliczki, bo”dostał telefon, że nie ma”. Powiedziałam, że są i finito. Ale potem zaczęłam się zastanawiać o cho cho? No bo fakt, o co cho?? Napisałam do niego maila, nie mam jednak jeszcze odp. I to nie wszystko.

Wczoraj była u mnie Katie (Polka, mieszka rzut beretem ode mnie), oglądałyśmy filmiki z Placebo i sączyłyśmy martini w oczekiwaniu na wyjście do klubu. Ok 23-ciej wychodziłyśmy. W tym momencie któryś z sąsiadów pospiesznie przekręcał zamek w swoich drzwiach (niestety nie wiem w których) a na klatce było czuć dym papierosowy. Może już wariuję, ale pomyślałam, że pewnie ktoś wyszedł na klatkę słuchać, czy jest u mnie na tyle głośno, żeby wezwać policję. Paląc nerwowo papierosa. Serio, siadł mi nastrój, na imprezie zastanawiałam się tylko czy nowa kartka już jest na drzwiach czy jeszcze nie. Jak się obudziłam dzisiaj to pierwsza rzeczą było sprawdzenie drzwi. Kurka, nie mogę. Katie powiedziała, że to samo jej przyszło do głowy, no bo w końcu nie jest to pora na takie zbiegi okoliczności. Zwłaszcza, ze nigdy wcześniej to się nie zdarzyło. Nawet o normalniejszej porze.

Na razie to tyle. Szczerze mam nadzieję, ze nie będzie ciągu dalszego tylko jakiś zaskakujący happy end. No ale póki co … siedzę smutna, ze znanym Wam już moim „wewnętrznym niepokojem”. :( ((

Category: Bez kategorii  Leave a Comment

Koleżanki w pracy

No i biorę się do tematu zawsze żywego, zawsze aktualnego i zawsze dobijającego, jak … koleżanki w pracy.
Ponieważ jestem dobrą dziewczynką, Bóg chronił mnie dość długo przed tym zjawiskiem. W 2003 roku pół roku pracowałam z 3 koleżankami, z jedną do dziś się przyjaźnię. Potem krótki epizod z praktykami w częściowo damskim towarzystwie i jeden niewypał po całości, ale reszta w miarę do akceptacji. Potem lata pracy i współpracy z płcią brzydką. I też zgrzyty były, ale raczej było ok, a te spięcia, były szybko rozładowane, wyjaśnione. Oprócz tego przez kilka lat tańca, pracowałam i współpracowałam z samymi dziewczynami. Było ok. A tu …

A tu, w nowej pracy znalazłam się w teamie 4/2: 4 laski i dwóch chłopaków. Koledzy są jeszcze ok, reszta osób w pracy też, a te 3 lasencje … masakra. Somebody shoot me!
Totalnie nie znajduję z nimi wspólnego języka. Bariera jest gigantyczna. Mam wrażenie, że nie ma niczego, co nas łączy, lub może połączyć. Powiem więcej, one robią wszystko, żeby tych wspólnych spraw i tematów nie było. Na moje nieszczęście ja nie palę (sic), a one 3 tak! Więc wszystkie przerwy papierosowe – razem tup tup poleciały. Wiadomo, że podczas papieroska jest rozmowa. I to jeszcze bardziej rozwala i pogłębia tą barierę między nami. Próbowałam się do nich przyłączyć parę razy, wychodziłam zaczerpnąć świeżego powietrza. Za każdym razem jednak sama się wpraszałam, nigdy żadna z nich nie spytała, czy chcę się przyłączyć. Więc przestałam. Także z tego powodu, że jak wychodziłam z nimi, to i tak żadna mnie nie zauważała, a jak ja się odzywałam to byłam skwitowana spojrzeniem i uśmiechem. Przestałam w ogóle się do nich odzywać, trudno, tzn w sensie takim, że nie próbuję już nawiązać rozmowy i chyba im to pasuje. Ale, jak któregoś dnia zdecydowałam nie wychodzić z inicjatywą, to jedna z nich zapytała, czy jestem zła, bo zawsze zagaduję i się uśmiecham, a dziś nic. Weź tu bądź mądry.

Z ich strony nie ma absolutnie żadnej woli nawiązania kontaktu, żadnej, nawet fałszywej sympatii. Nic. Od dwóch dni kapie mi z nosa, głowa mi pęka z powodu lekkiego przeziębienia. Myślicie, że którakolwiek się zainteresowała? Podszedł do mnie kolega, pytając czy jestem chora, że nie wyglądam najlepiej (prawdę mówiąc powiedział, że wyglądam jak shit :D ). Zrobiło mi się miło, nawet pomimo tego shit ;) A jedna z nich, siedząca dokładnie naprzeciwko (nasze biurka są złączone), żadnej reakcji. Prawdę mówiąc mam wrażenie, że one myślą wszystko co najgorsze o mnie, że je drażnię. Ale nie wiem czemu, co robię nie tak. Macie Wy takie doświadczenia? Co robić? Jestem bezsilna. Który święty odpowiada za pacyfikację ˝milusińskich˝ koleżanek w pracy?

Aha i żeby nie było, że za dużo oczekuję. Wcale nie chodzi mi o to, żeby się przyjaźnić, nawet kumplować, naprawdę nie czuję potrzeby chodzić z nimi na zakupy, kawę, plotki. Po prostu spędzamy ze sobą po 8 godzin/5 dni w tygodniu. Chyba przyjemniej byłoby rozluźnić się w ciągu dnia krótką rozmową o niczym, zapytać o plany na weekend czy zdrowie kota? Thats all Im asking for.

Nie wiem sama … co mi radzicie? Co Ty byś zrobiła/zrobił na moim miejscu?

Category: Bez kategorii  97 Comments

Free Diving Story

Jakiś czas temu wspomniałam o książce, którą czytam. Polski tytuł książki to ˝Zanurzeni w Wielki Błękit˝ i jest to, a właściwie miała być historia Miłości i Obsesji. Wiem. WIEM. Brzmi tanio i okropnie. Ale nie jest to żadna love story, co najwyżej historia Miłości Autora do samego siebie. Książka jest podpisana nazwiskiem Pipin Ferreras, ewidentnie napisana została przez Ghost Writera, który najprawdopodobniej nagrywał jego nudne wynurzenia.

Pipin Ferreras jest nurkiem, z pochodzenia Kubańczyk, mieszka jednak od lat w Miami, dokąd zbiegł z Kuby. Jego specjalnością jest free diving w kategorii No Limits. Jest jednym z najlepszych free diverów na świecie. Ciężko mi stwierdzić, że jest najlepszy, bo historia bicia rekordów w tej dziedzinie jest dość słabo mi znana, a to co wiem, nie budzi mojego zaufania na tyle, by stwierdzać coś na pewno. Dość powiedzieć, że Pipin miał problemy ze swoimi rekordami – kiedy, na samym początku jego kariery, oficjalna organizacja nurków zakwestionowała jego rekord, stworzył własne Stowarzyszenie Free Diverów, które te rekordy zatwierdzało. Nie wierzę, że koleś nie ma osiągnięć, jedynie to na ile go poznałam, każe mi podejrzewać, że z samouwielbienia i ogromnego Ego gotów on był i jest bardzo mocno naginać fakty i dostosowywać do siebie rzeczywistość. Nie jest to jedynie moje wrażenie, że Pipin jest bucem, egoistą tzw. Big Nose, narcyzem i prymitywem. Powiem więcej – w książce sam się do tego przyznaje, oczywiście zupełnie w jego stylu, tłumacząc się z tego. Dość chyba oczywistym już jest, jak wielką niechęcią darzę tego człowieka, nawet go osobiście nie znając.

Oficjalnym powodem , dla którego książka została wydana, jest Audrey Mestre, żona Pipina. Książka miała być (nie udało się!!) hołdem dla zmarłej tragicznie Audrey, która była Mistrzynią Kobiet we Free Divingu. Audrey zginęła próbując bić rekord ustanowiony przez … Pipina. Nie miała nawet 30 lat, była niezwykle utalentowanym sportowcem, perłą, wspinającą się po kolejnych szczeblach mistrzostwa w swojej dziedzinie. Od dziecka zakochana była w podwodnym świecie, z wykształcenia była biologiem morskim, zafascynowała się jednak w trakcie studiów tematyką free divingu. Ale nie sam sport budził jej zainteresowanie, a funkcjonowanie ludzkiego organizmu pod wodą, na dużych głębokościach. W ten sposób spotkała Pipina. Poprosiła o rozmowę z bezpośrednim źródłem wiedzy i doświadczenia w tym zakresie.

Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. On był już dwukrotnie ojcem, po dwóch nieudanych związkach, ok 30-tki, a ona młodą, naprawdę niewinną i żyjącą w swoim świecie piękną studentką. Od tego momentu byli nierozłączni. W wyniku śmierci jednego z zabezpieczających Pipina nurków, Audrey zaczęła nurkować. Z czasem zapragnęła spróbować freedivingu No Limits i okazała się żywym złotem, pokonywała wszystkie kolejne etapy nauki, potem biła rekordy. Była talentem naturalnym, sam Pipin twierdził, że musiała w poprzednim życiu być syreną. Ale fakt jest taki, że była osobą o niesamowitym charakterze, niezwykle dobrą, łagodną, mądrą, rozsądną i spokojną i opanowaną. Te cechy charakteru są niezwykle pomocne w sporcie, w którym liczą się sekundy i w którym tak łatwo stracić życie. To co ich różniło, to to, że Audrey była niezwykle utalentowanym nurkiem, bez specjalnego zainteresowania biciem rekordów. Pipin za punkt honoru stawiał sobie tytuły. Second best było tym czego najbardziej nienawidził. Niezaprzeczalnie jednak obydwoje bardzo kochali wodę i nurkowanie.

Audrey zginęła podczas próby bicia rekordu w kat. No Limits. Miała zejść na głębokość 171 metrów. Została pod wodą. Wszystkie etapy zabezpieczające w tym wypadku były przygotowane z kardynalnymi błędami. Za wszystkie odpowiedzialny był Pipin, mimo, że zasady wyraźnie nakazują rozdzielić i uniezależnić każde zabezpieczenie od jednej osoby. Tym razem wszystkie zawiodły, właśnie wtedy, kiedy były potrzebne.

Choć wina Pipina była niezaprzeczalna, nikt nigdy nie wniósł oskarżenia. Pipin za to wydał tą książkę. Nakład wyczerpał się szybko, więc ciężko było ją zdobyć. Czekałam niecierpliwie, a kiedy już ją dostałam, ręce mi opadły. To pomnik dla ˝Wielkiego˝ Pipina. Między wierszami facet tłumaczy się pokrętnie ze swojej zazdrości, niewyobrażalnego egoizmu, bezsilności w obliczu talentu Audrey połączonego z jej niezwykłym urokiem, którym podbiła wszystkie serca.
Nie lubię go tak bardzo, że zignorowałam jego profil na FaceBooku. Dodałam za to profil Audrey. Niestety profil ˝Audrey Mestre. Swimming in Infinity˝ zarządzany jest przez Wielkiego Buca. Mimo to zobaczcie jaka była ładna, urocza i jak wielu ludzi ją kochało, kocha i o niej pamięta.

Krok następny – inna książka. Przyjaciel Audrey (wcześniej również Pipina) Carlos Serra, przekonany, że wypadek, w którym zginęła Audrey był faktycznie morderstwem, przeprowadził własne, prywatne śledztwo.˝The Last Attempt˝ to jego wersja wydarzeń. Cant wait! Choć opinię mam już wyrobioną.

Ciekawa jestem co Wy, którzy dotrwali do tego fragmentu mojego wpisu, sądzicie na ten temat. Czy w ogóle zainteresowałam Was nurkowaniem, free divingiem, Audrey … ? Jeśli tak, to zachęcam Was również do obejrzenia cudownego filmu, od którego tytułu zaczerpnięty został polski tytuł książki Pipina.˝Wielki Błękit˝ z Jean Reno i Jean Marc Barr. Gwarantuję, że odpłyniecie w cudownych krajobrazach i niesamowitej muzyce autorstwa Erica Serry.

Category: Bez kategorii  Leave a Comment