Archive for » Lipiec, 2010 «

Street dance, taniec i niewyspana Zosia Samosia

Yo people! Wtorek to mój ulubiony dzień, dziś jednak jakoś mi taaak … nie tak :) Znów zeźliłam się na siebie, a częściowo na kogoś jeszcze i przez to tak jakoś nie bardzo mi dziś. Pierwszą przyczyną jest to, że znów jestem niewyspana. Wczoraj po pracy poszłam do fitnessu, żeby się trochę zmęczyć i to udało się wyśmienicie. Ale potem odezwała sie Mariah i razem z Alejandro zgarnęli mnie do kina na Street Dance. Fajnie było ich zobaczyć, ale film nie jest warty 9Euro (!), a to cale 3D mnie śmieszy.Historia jest prosta jak budowa cepa, albo jak scenariusz wszystkich innych tanecznych filmów: zawody, grupa championów i grupa, w której wszystko się sypie, ale w końcu wszyscy biorą się w garść i tańczą, jak trzeba. Jak chcecie zobaczyć stosunkowo ciekawy występ finałowy (fuzja baletu, hip-hopu i nowoczesnego), sporo popping’u, bardzo niezły, choć strasznie krótki pokaz solowy breake’a, śladowe ilości baletu, to idźcie …

W trakcie filmu zastanawiałam się nad tym, czym jest pasja, czym jest taniec itp. Zastanawiałam się w kontekście Alejandro, który ma pewien problem. Jest z niego straszny wstydzioch. Tak jak ja podczas salsy w parach, ale u niego jest gorzej, bo on się wstydzi (oprócz tego, że wstydzi się tańczyć w parach) tańczyć solo! I ja tego nie łapię właśnie. Nie da się kochać tańca i jednocześnie go ograniczać, kryć czy hamować. Albo się kocha tańczyć, albo się nie tańczy. Ja kocham i wiecie że, nie mogę powstrzymać się przed tańcem, gdziekolwiek muzyka mnie zastanie. Nie mogę nie klaskać i nie cieszyć się, kiedy widzę genialnego b-boya. Nie mogę nie bujać się, jak mi funky grają, ani nie mogę nie trzaskać shimmy, jak słyszę arabskie jęki. I cokolwiek by nie zagrało, to oprócz mniej czy bardziej dobrego tańca, zawsze będę mieć błysk szczęścia w oku. Dla mnie to szczęście, euforia, miłość, zatracenie, czyste emocje. Taniec NIE RÓWNA się wstyd! Taniec nie może być powściągliwy. Taniec jest odważny i bezwstydny!

No właśnie, a nasz Alejandro ma z tym problem. Nie mam wątpliwości, że kocha taniec i że jest dobrym tancerzem. A jednak on się wstydzi. I przez to jego taniec jest, chcąc nie chcąc, mniej efektowny. Mówi, że jak jest sam, odlatuje w trakcie tańca. A gdy inni patrzą … drętwieje z nieśmiałości. Ehhh ten nasz chłopczyk! Totalnie nie wiem, co on powinien zrobić, żeby się przełamać. Ani nie wiem w czym tkwi problem. A on chce tańczyć na scenie! Z gwiazdami i w ogóle! No nie wiem nie wiem … trzymajcie kciuki za niego.

Po filmie trochę się jeszcze wygłupialiśmy, ćwicząc różne kroki. Między innymi powróciliśmy do tych nieszczęsnych toprocków, bo nie potrafię ciągle zajarzyć, jak się je prawidłowo robi. Za nic nie chcą wyjść. Alejandro stwierdził wczoraj, że moje toprocki są … baletowe hahahaha. Nie wiem co gorsze, czy baletowe, czy irlandzkie. I nie łapię tego, że próbując je zrobić, zahaczam o wszystko tylko nie o brejka. Hilfe!

Ostatecznie do domu wróciłam, gdzieś koło północy i próbowałam zasnąć, ale gdzie tam. Okno otwarte, czułam się jakbym na ulicy spała, a auta mnie mijały. Myślałam, że oszaleję. Naprawdę nie daję rady już tam spać i mam nadzieję, że moje nowe mieszkanie naprawdę wypali. Wcześniej miałam jakieś opory, żeby tak szybko rezygnować z tego mieszkania, w którym teraz meiszkam. ale wiecie co – no jak nie zmienię, to zbankrutuję i oszaleję. Naprawdę. To po pierwsze (i po drugie), a po trzecie, w weekend Max (właściciel) mine zdenerwował. Wysłał mi maila, z nowym numerem telefonu. Maila zatytułował coś w stylu: drodzy najemcy. Sprawdziłam adresatów, a tam z 20 maili! A to szczwany lisek z Maxa. Interes sobie zorganizował i wynajmuje chaty w Kolonii, gdzie ceny są bardziej kosmiczne niż na Marsie. Wkurzyłam się jeszcze bardziej, bo ten lisek mówił, że mieszkanie które wynajmuję jest spadkiem po jego ojcu. Taaaa, ciekawe ile miał tych ojców …. Grrr

I taki mi się wniosek nasunął, że trzeba trochę więcej o sobie myśleć i o swoim dobrym samopoczuciu i komforcie, bo jak się o to samemu nie zadba, to nikt nie zadba. Tak myślę i tak czuję dzisiaj! O! Zosia Samosia.

ps. skoro można połączyć hip-hop z baletem, można też połączyć break dance z belly dance!Gabrysia bierzemy się do roboty!

Category: Bez kategorii  49 Comments

I po weekendzie :)

Hej hej, to ja poniedziałkowa Dżeniska. Ciekawa jestem, jak się macie w ten deszczowy poniedziałek? Już wiem, że Rowerek szczęśliwa podskakuje w kaloszach, a co z resztą? Założę się, że ci, którzy muszą pracować, odetchnęli z ułgą po tych koszmarnych upałach. Dla tych, którzy wypoczywają, to może nie jest jednak najlepsza pogoda. Moj Bałwan też niestety ma chyba nienajlepszą pogodę nad morzem :( (( Sama bodajże w 2008 wylądowałam nad morzem na 2 tygodnie szarości, zimna i deszczu. Brrr. Poczucie humoru nas nie opuszczało, ale żal było nie kąpać się, nie opalać, nie tarzać w piasku. No i nie za bardzo dało się robić wakacyjne fotki. Wprawdzie zrobiliśmy sesję podczas gry w badmingtona, bez lotki bo by nam zwiała. Lotkę mieliśmy dokleić w programie do obróbki zdjęć ;)

No a dziś, dziś mamy w Kolonii deszcz. Tak, pada od rana. No udało mi się suchą stopą dotrzeć do pracy i siedzę sobie w chłodnym pokoju i nudzę sę jak mops. Nie chce mi się dzisiaj nic, ale to absolutnie nic. Bujam w obłokach i wzdycham jak parowóz, załawtwiam trochę spraw jak np wizyta u lekarza, trochę sprawdzam maile i takie tam, no coś w pracy też robię. Dostałam nakaz ćwiczenia cierpliwości. Próbuję się do tego nakazu zastosować, ale uuuugggh ciężko jest baaardzo. Ommmm Ooooommmm k*! cholera jasna! oooooommmmmmmmmmmmmm!I tak sobie spędzam ten dzień. Może napiszę Wam co robiłam w weekend, choć nie był taki ekscytujący jak ostatni, a nawet powiedziałabym, że nie był ekscytujący w ogąle.

W sobotę zamiast się wyspać do południa, ktoś mi otworzył oczy o 5 rano i nie dał spać. Byłam wściekła aaaauuuuuu, bo ostatnie dni i tygodnie niedosypiałam. A w sobotę, kiedy mogłabym sobie pospać – nie! Posnułam się od rana po mieszkaniu, na 1-wszą byłam umówiona z Wampirkiem, doradcą finansowym, który pomaga mi zmienić bank. Bank, w którym mam aktualnie konto strasznie mi je czyści, co mnie drażni.Wiecie, że tutaj wyciąg za 3 miesiace kosztuje 20Eur?? Maatko! Za co?? No więc z tego i innych powodów postanowiłam zmienić bank. Wampirek jest firmowym doradcą. Jest trochę śmieszny. Mały, piegowaty, gadatliwy i ma zęby jak sztachety przy czym każda w inną stronę i z innej bajki. Mówi jakby był na jakimś zwolnionym trybie. Zaprosił mnie na kawę i sobie nawijaliśmy. Bez przerwy mnie pytał, czy chcę żeby mi powiedział ile zarabia hahaha. Odmawiałam wielokrotnie, ale w końcu dałam się skusić (100tys Eur rocznie: oklaski :D ). Wierciłam się trochę na tym spotkaniu, bo w trakcie dostałam smsa od Bałwana i straszni chciałam odpisać. Potem w gruncie rzeczy zupełnie zapomniałam odpisać, a niech to! Gadatliwy Wampir jeden! Zauważył że się wiercę (kto by nie zauważył) i zapytał czy wszystko ok hahahaha.

Tak czy siak, zmyłam się stamtąd szybko, bo miałam super wymówkę – za chwilę zaczynałam zajęcia z Dance Moves z Miszczem, którego przez najbliższe 3 tygodnie będzie zastępował Alejandro! Po zajęciach chciałam jeszcze trochę uwagi poświęcić moim udom i reszcie, w końcu teraz wyjątkowo zależy mi na tym, żeby wyglądać pięknie. Ale zagadałam się z Mariah i Alejandro. W końcu Alejandro zaproponował wypad nad Ren i tak zrobiliśmy. Pomysł był super, leżeliśmy na trawie, nawijaliśmy o różnych sprawach, przede wszystkim jednak sprawach damsko-męskich. Potem Alejandro uczył mie toprocków, nie za bardzo mi szło muszę Wam przyznać. A Alejandro dodał, że mój breakdance przypomina taniec irladzki hahahahaha Jakkolwiek mi z tym nie w smak, jest coś w tym, co Alejandro mówi :D Odpuściliśmy więc toprocki i skupiliśmy się na freezach, a potem skupiliśmy się na frytkach i kiełbaskach :D i to mi wyszło najlepiej. Super tak było w miłym towarzystwie zjeść coś na kształt obiadu na trawie :) Potem upojeni słońcem i uchachani za wszystkie czasy poszliśmy pod katedrę. Mariah gapiła się w słońce, Alejandro tańczył do wystawy muzeum, a ja leżałam w kwietniku – bajka :) ) Po kilku godzinach beztroski, pojechałam do domu spać!

W niedzielę obudziłam się już o bardziej ludzkiej porze, koło 12-tej :) pogadałam z Katie, potem zadzwoniłam do Helgi poplotkować o ostatnich wydarzeniach i w międzyczasie wyszykowałam się na obiad z Pączkiem. Ten cwaniak zaprosił mnie na obiad kilka dni temu, ale nie powiedział, że obiad będzie u niego w domu. A właściwie u jego mamy w domu, bo odkąd zalało jego mieszkanie, musi być zadekowany u rodzicielki. I tym cwanym sposobem, zapędził mnie Pączek do jaskini lwa :) Nie wiem, jaki był jego plan, ale jego mama, swoją drogą przemiła, równa babka, chyba sobie coś wyobrażała, bo wszystko o czym rozmawialiśmy to niby miałam wiedzieć, np. ˝Pączek Tobie mówił że pochodzimy z Berlina? ˝ ekhm, nie mówił, bo czemu miałby … i masa tego typu pytań. Trochę się dziwiła …

Pączek wie o Bałwanie. Ale chyba postanowił nie odpuszczać. Robi to w typowy dla siebie, delikatny i nienachalny sposób. Mnie to nie przeszkadza, ale martwię się o niego, bo nie chcę, żeby miał nadzieję. Po tym, jak powiedziałam mu o Bałwanie, zapytał czy mimo to możemy się dalej kumplować, wyjść do kina, zjeść coś razem. Oczywiście, ja nie mam nic przeciwko. Ale chciałabym mieć pewność, że dla niego to także będzie tylko kumplowanie. Wiecie co, ja po prostu nie chcę, żeby ktokolwiek sobie wyobrażał, że może mnie Bałwanowi odbić. Nie da rady :) )

Category: Bez kategorii  Leave a Comment

Sen.

Hejho, kochani przy moim zmęczeniu i niedospaniu myślałam, że mogę zapomnieć o snach, a tu taka, taaaka niespodzianka. Pamiętam wprawdzie krótki, ale symboliczny i piękny fragment dzisiejszego snu. Otóż przyśniło mi się, że znalazłam na ulicy pierścionek. Był piękny, złoty, z małym diamentem (chyba) i z wygrawerowanym od zewnątrz drukowanymi literami słowem LOVE. Tyle :)

Wg mojego ulubionego sennika ( nie taki w stylu: ˝przyśnił Ci się stół, nieszczęście mieć będziesz˝), który bierze pod uwagę psychologię, symbolikę itp itd, znaczenie snu jest takie oto:

Pierścionek. Wyraża miłość, symbolizuje związek i wierność w tym stopniu, w jakim jest wyjątkowy w naszym śnie. Jakość związku można ocenić na podstawie znaczenia kamieni zdobiących pierścionek.

Łiiii :) Też mi odkrycie :) )

ps. … jak to możliwe, że jesteśmy daleko od siebie, a ja coraz bardziej i bardziej drowning in the sea of ….

Category: Bez kategorii  89 Comments

Happiness is izzy

No cześć kochani,

znów kilka dni minęło, a ja nic nie napisałam. Czytając Esperanzę, która publikuje prawie codziennie, czuję rumieniec wstydu. Leniwa nie jestem, tylko zabiegana, ale przy odpowiedniej organizacji przecież dałoby się to chyba jakoś załatwić? Inna sprawa jest też taka, że w moim obecnym stanie, ciężko mi cokolwiek napisać, ponieważ nieustannie tylko się uśmiecham. Zadasz mi pytanie – uśmiech w odpowiedzi. Uśmiech, który mówi wszystko. Jestem szczęśliwa. Oszołomiona, niedowierzająca, ale szczęśliwa. Antek jest najlepszy na świecie, spisał się lepiej, niż mogłam sobie marzyć. To musiał być on i jego interwencja, bo jak to tak … ni stąd ni z owąd maślanki, motyle i inne magiczne i piękne objawy? I ten niesamowity chłopak :) Dziękuję Antek!! Jesteś the best!

A nie, jednak napiszę coś więcej, ale też z szerokim uśmiechem. Widziałam się wczoraj z Rowerem. Muszę Wam powiedzieć, że mam prześliczną przyjaciółkę!A ona ma prześliczną córkę, która na razie przytula się od wewnątrz, ale niedługo ją powitamy na świecie. Dominisia (to od Dominikany ;) ) już jest moim oczkiem w głowie, bo to pierwsza dziewczynka wśród bliskich znajomych i rodziny. Mała dostanie ode mnie różową, pluszową walizeczkę na kółkach, żeby mogła odwiedzać ciocię. W Kolonii czy w Gdańsku :) Wyobrażam sobie, że będzie wyglądała jak aniołek i będzie słodka jak cukierek. Nie mogę się jej doczekać. Rowerowi będzie też na pewno lżej, jak już się pozbędzie brzuszka, ale ja trochę tego żałuję. Ona wygląda taaaak ślicznie w ciąży. Czemu nie można zjeść ciastka i mieć ciastka. Rower, może rozważysz noszenie poduszki po urodzeniu Misi? Tylko na czas, kiedy będziemy się spotykać oczywiście :P Wyglądasz miodowo z brzuchem, mój Ty Rowerze!

Widziałam się też z Tajemnicą, której słownictwo przekroczyło już wszelkie granice. Wciągu tego weekendu zostałam zmorkiem, rozanielonym &%¤ i wszystkim innym, co najgorsze i najsłodsze jednocześnie. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale kto zna Tajemnicę ten wie o co chodzi. Pod tymi słodko-kwaśnymi uwagami wysyła mi wiadomości i próbuje zwrócić moją uwagę na kwestie, których przez różowe okulary czasem nie jesteśmy w stanie dostrzec. Tajemnica po prostu martwi się o mnie, więc moje szczęście jest pod jej lupą. A najlepsze w tym jest to, że ona pozwala mi na to szczęście i cieszy się ze mną. Daje mi wolność do podejmowania decyzji, ufa moim wyborom (tylko kiedy ja sama czuję, że są to właściwe decyzje i wybory), a jednocześnie pozostaje zawsze blisko, gotowa pomóc, gdyby trzeba było coś ratować. Tyle mamy nieciekawych doświadczeń, że Tajemnica już zawsze będzie mnie pilnować. A ja jej, i tak ma być w przyjaźni.

To tyle na razie, kończę bo … muszę się trochę pouśmiechać, jak głupi do sera :)

Category: Bez kategorii  25 Comments

Blondyna i ja ->>> Gdynia, Opener 2010

W czwartek 1-go lipca wyruszyłyśmy z Blondyną do Gdyni na Open’era …. :)

Chciałyśmy zdążyć na koncert Yeasayer, który był zaplanowany na 21-wszą. Chciałyśmy i zdążyłyśmy, ale niestety Organizator się nie postarał i zamiast słuchać chłopaków z Brooklynu pod sceną, słuchałam ich pod płotem, czekając na wejście na teren festiwalu w gigantycznej kolejce. Serio to było fatalne, bo ja właśnie na Yeasayer tak bardzo się spieszyłam. Przykro było słuchać całego koncertu, który ewidentnie był świetny, z oddalenia, a nie spod sceny. Co jednak zrobić, nic nie byłam w stanie na to poradzić. Udało mi się stanąć pod sceną na koniec przedostatniej piosenki i ostatnią, którą okazał się mój symboliczny i bardzo lubiany Ambling Alp. Po Yeasayer poczłapałam szukać Blondyny, która słuchała w tym czasie Pearl Jam. To kapela, której słuchałyśmy w młodości, ostatecznie jednak okazała się rozczarowaniem. Wpływ na to na pewno miał niesmak spowodowany utrudnieniami z wejściem na festiwal, rozminięciem się z Yeasayer i po części tez zmęczeniem podróżą. Wycofując się z Main Stage zahaczyłyśmy jeszcze o występ Tricky’ego, który nawet mi się spodobał. Opuściłyśmy teren Openera i poszłyśmy do Pani, u której jak w zeszłym roku miałyśmy się zatrzymać. Ponieważ nie miałyśmy czasu rozbić wcześniej naszego namiotu, a później nie miałyśmy siły i ochoty, przespałyśmy się w aucie :) Muszę jednak powiedzieć, że nie było aż tak niewygodne. Większym problemem był upał. Skoro nie dało się dalej spać, włożyłyśmy ciemne okulary i naszą rezydencją udałyśmy się do spożywczego po zakupy. Na śniadanie był żółty ser, jakaś pyszna kiełbasa, bułki, dżem truskawkowy, ze 2 kg świeżych truskawek i wielgachny kubek pysznej kawy. Śniadanie zjadłyśmy na trawie rozpływając się nie tylko w słońcu, ale też w błogości smaków i cudownej atmosfery lata, lenistwa i przyjemności. Potem rozbiłyśmy w końcu nasza letnią rezydencje, zgarnęłyśmy parę rzeczy do torby i poszłyśmy nad morze. Tego dnia obiad zjadłyśmy w Rewie i była to flądra! Wieczorem, odmawiając sobie piwa, za które w zeszłym roku niektórzy (nie wszyscy!) dostali mandacik od Mateusza „za usiłowanie spożycia”, poszłyśmy na koncerty.

W piątek, drugiego dnia, nie miałyśmy jakichś swoich faworytów, których koniecznie chciałyśmy zobaczyć, ale wiadomo było, że raczej zagościmy pod Main Stage. Zaczęłyśmy od przystojniaków ze Szwecji czyli Mando Diao. Blondyna była w siódmym niebie, a ja z racji braku okularów, bawiłam się po prostu dobrze przy ich nieskomplikowanej muzyce. Fajni byli, nie najgorsi :) Sami zobaczcie Dance with Somebody, założę się, ze każdemu obili się o uszy, ale żeby jakoś poruszyć bardziej – chyba nie. A może po prostu nie byłam w nastroju na nich wtedy. Po ich koncercie, w oczekiwaniu na Massive Attack, zakupiłyśmy za dinary (sztuk 2), po piwku, które dobre było, dobre! I wtedy zaczął się jeden z lepszych koncertów tegorocznego Openera. Massive odsłuchałam z zamkniętymi oczami. Nie wiem co napisać, ani jak, przepiękny, poruszający, ciekawy, magiczny. Taki był ten koncert. Jeden z tych koncertów, na których nie mam ochoty tańczyć ani śpiewać, ale chłonąć każdy dźwięk w skupieniu. To było niezwykłe. A po nich dostałyśmy po oczach kolorami na Empire of the Sun. Wariaci z Australii byli extra. Stałyśmy z Blondyna bliziutko sceny i oglądałyśmy to widowisko a’la Alicja w Krainie Czarów. Koncert na plus. We are the people! :) ) Ta piosenka sponsorowała nasz cały następny dzień, mnie się nawet w nocy śniła. Po Empire zahaczyłyśmy znów o World Tent i fragment Cypress Hill, brzmiało dobrze a nawet bardzo dobrze, ale nie miałyśmy już sił i poczłapałyśmy do Pierwoszyna.

Pobudka trzeciego dnia nie różniła się niczym od dnia poprzedniego – pysznie było. Tym razem szybciej uwinęłyśmy się z wyprawą na plażę. W Mechalinkach (?) zostałyśmy też na obiad. Dorsz! Drugi dzień na słońcu trochę nas zmęczył, nasza głupawka sięgała zenitu, jak dobrze że leżałyśmy w miarę daleko od ludzi, bo nasze śpiewy pewnie niejednego by wkurzyły. Trzeci dzień Openera był tym na który czekałyśmy niecierpliwie – Skunk Anansie, Kasabian i Hot Chip mieli grać na main, a Gorillaz Sound System na tent. Nie udało nam się dotrzeć na występ L.U.C. o którym bodajże Bałwan się pozytywnie wypowiadał, trudno. No ale to na co dotarłyśmy, niezłe nas rozwaliło. Skin ze Skunk Anansie jest wulkanem energii, strzała i błyskawica, której nikt nie zatrzyma. Jest rewelacyjna, żywiołowa, zwariowana, ma niesamowite zdolności wokalne czy to stojąc w miejscu przed mikrofonem, czy ganiając po scenie, liżąc gitarzystę, skacząc czy dryfując na rękach publiczności. Widać było, że i jej się podobało. To była euforia i na scenie i pod sceną! Tym mocniej zabolał dość smętny i przeciętny Kasabian. Nie wiem czemu, ale strasznie wkurzało mnie, że ten smutny wokalista był spocony :D Ostatecznie, kiedy zagrali Fire, jakoś się rozchmurzyłam. Ale gafę i tak jeszcze kilka razy wytknęłam :P Godzina do koncertu Hot Chip minęła szybko, tyle mniej więcej potrzeba żeby znaleźć toi toia i kolejne piwo, które otrzymać można za dinary (sztuk 2) :) Przybyłyśmy na czas, nawet udało mi się namówić Blondynę, żebyśmy obejrzały koncert z najbliższego sceny sektora. Argument, że Hot Chip „nie grają muzyki, która wzbudza agresję” – czy jakoś tak – zadziałał i mam wrażenie, ze Blondyna ostatecznie była bardzo zadowolona mogąc oglądać i słuchać ich z tak bliska. Ktoś kiedyś nazwał ich (Hot Chip) podtatusiałymi, brzydkimi Brytyjczykami. Nie mam jak się z tym określeniem nie zgodzić. W dodatku grają coś na kształt elektronicznego popu, co daje jeszcze dziwniejszy mix. Ale jest w nich coś tak niezwykle urzekającego … uwielbiam Hot Chip, te ich melodie, słodki głosik Nerda, urocze chórki. Cudnie było też patrzeć na ich niezwykły kolektyw, banda brzydkich Brytyjczyków z Nerdem na czele prezentowali tak zgrany i rozumiejący się team, że aż przyjemnie było patrzeć. I jeszcze raz muszę podkreślić niezwykły urok Nerda (Alexis Taylor), który mimo swojego wyglądu i bryli, zawsze byłby mile widziany pod moim oknem, śpiewający tym swoim głosikiem „when you hold me, I feel better:) ) Po Hop Chip byłyśmy w siódmym niebie, darowałyśmy więc sobie Gorillaz i powędrowałyśmy do namiotu!

Dzień czwarty – ostatni. Trzeba było (po tradycyjnie już pysznym śniadaniu) zaplanować pakowanie i powrót. Tego dnia darowałyśmy sobie leżenie na plaży, ale pojechałyśmy do Pucka, a stamtąd spontanicznie do Władysławowa na obiad. Pff a co. Była sola tym razem, zjedzona na spółkę z kotem (kot jadł, a nie był jedzony). Potem poszukałyśmy bzdurek na licznych tzw. punktach handlowych, niestety mimo naprawdę wielu stoisk z biżuterią, nikt nie miał takiego pierścionka z delfinami jakiego szukam od miesięcy argh. Wróciłyśmy więc do siebie, złożyłyśmy namiot, zebrałyśmy graty, ostatni prysznic i wzięłyśmy ostatni kurs (tym razem autem) w kierunku lotniska. Naszym niedzielnym celem był Archive (dla mnie) oraz Nas&Demian Marley (Blondyna). Po drodze jednak przyciągnął nas Tent Stage i grający właśnie niezwykle miodzio Kings of Convenience. Koncertu wysłuchałam leżąc na trawie i bujając w obłokach. Cudowne to było przeżycie. Potem zajrzałyśmy na Main Stage, gdzie dostałyśmy rzutem na taśmę drugi (wg mnie) najlepszy koncert tegorocznego Openera – The Hives z przeuroczym przystojniakiem Pelle na czelle ;P Woooow, to było niesamowite. Gdyby Pelle spotkał się na scenie ze Skin ze Skun Anansie, scena zaczęłaby się palić! Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ten koleś biegał, skakał, wrzeszczał, śmiał się, nawijał i śpiewał, śpiewał tak, że uśmiech kwitł sam z siebie na buzi a całe ciało tańczyło. Każda rozmowa Pelle z publicznością była extra, facet ma niesamowitą gadkę, poczucie humoru, jest uroczo bezczelny i uroczo narcystyczny. Mega pozytywne wrażenie. Nie odpuszczę ich koncertu, jak tylko gdzieś w okolicy się pojawią!
Po The Hives miał wystąpić The Dead Weather – zespół, którego totalnie nie znałam, Blondyna tez nie, ale wielu ludzi było tym podjaranych więc zostałyśmy sprawdzić. Łiiii nic specjalnego, tzn no nie nasz klimat, jakieś czarne postaci rozpaczające na scenie. Wokalista z bujną czupryną okazał się kilka dni potem kobietą – wszystko jakieś takie mroczne, szaleńcze i confusing. Poszłyśmy sobie na bujanie hip-hopowo reggeaowe w wykonaniu Nas’a i D. Marleya i było ładnie, ładniutko. Miło! Archive sobie darowałyśmy, Marley przeciągnął koncert, przed nami droga do Wawy więc powiedziałyśmy sobie trudno. Jedziemy.

Blondyna prowadziła całą drogę. Bohaterka. Ja mimo, że prawie całą podróż przespałam, czułam się jak zżuta i wypluta, miałam wrażenie, że oczy mam przewrócone na lewą stronę. Ugh to nie było przyjemne. Szkoda, że w takim stanie musiałam przywitać Bałwana. Tak chciałam być ładna i elokwentna tego ostatniego dnia mojego pobytu :)

Opener 2010 to już przeszłość. Dzięki Blondyna za cudowny czas! Super było robić wszystko, na co miałyśmy ochotę i nie robić nic, na co ochoty nie miałyśmy :) Raj!

Got me a ticket and I won’t be long ’cause I can’t go on and I gotta get goin’ away (The Hives)

Category: Bez kategorii  48 Comments

Poznań, Warszawa, niespodzianki i kosmici.

Witajcie once again! Noo kochani, po moim ostatnim, pełnym rozważań wpisie, tym razem powinno być dynamiczniej. Otworzyłam buteleczkę ginu, kropeleczka spłynęła do szklanki, dopełniłam zimnym spritem i …. mmmhhhh pyszne!. I przy okazji, drogie dzieci, muszę Was ostrzec. Gin ze Spritem potrafi być bardzo zdradliwy. Gdybym pamiętała, jak bardzo, to bym wam napisała. Może Ruda coś pamięta. Mnie tylko się przypomina namawianie do picia: „Pij Clayton, pij!” :) ) Tak czy siak, gin ze spritem JEST bardzo zdradliwy!

Pamiętacie moje obawy o mój kolejny pobyt w PL? Po strasznie niemiłym i okropnym pobycie w maju, nie odważyłam się mieć jakichkolwiek oczekiwań co do tego wyjazdu, który zaczął się w ostatni weekend czerwca, a skończył w pierwszym tygodniu lipca.W planach był weekendowy, służbowy event gdzieś pod Poznaniem, 3 dni pracy z Wawy i 4-dniowy pobyt w Gdyni na festiwalu Open’er z Blondyną. Podróż do Poznania czekała mnie już w piątek o 7 rano. Musiałam z Wawy dostać się do Żyrardowa, co okazało się trudne, a potem autem z innymi uczestnikami spotkania dotarłam na miejsce. Cała konfa była niesamowita, towarzystwo doborowe, pełen relaks i praca, która nie okazała się żadną przykrością czy trudnością. Było cudnie. Wolny czas spędzałam na jeziorze, pływając rowerem lub łódką. Ostatniego dnia popłynęliśmy na drugą stronę jeziora na najprawdziwszy odpust kościelny, gdzie można było kupić pistolety, plastikowe łańcuszki, joja i lody włoskie! Dostałam najprawdziwszy odpustowy pierścionek od kolegi i było cuuudownie!

Wróciłam w niedziele w nocy, a w poniedziałek musiałam od rana pracować. Nadawałam z mojej poprzedniej pracy, dzięki uprzejmości i za zgodą oczywiście. I te trzy dni okazały się … bardzo miłe i dobre. Nie tylko przyjemnie było spotkać ludzi, z którymi kilka lat pracowałam, ale tez poznać nowe twarze (w tym jedna nie ma dziewczyny :P ), spotkać Sambę, z którą znamy się osobiście kilka dni, wirtualnie kilka miesięcy, a w moim odczuciu znamy się wieki. Spotkałam tez kogoś, kto zawsze był wyjątkowy, a okazał się jeszcze bardziej …!

Popołudniami spotykałam się ze znajomymi, tymi, którzy są jeszcze ze mną w kontakcie. Zgodnie z moim cichym życzeniem, udało mi się tez porozmawiać z N. Rozmowa była dokładnie taka, jaką chciałam, żeby była. Po tych latach, po tych wszystkich trudnościach i ograniczeniach, byłam gotowa na nią. Nasza rozmowa była spełnieniem moich kilkuletnich marzeń. Pokazała, że to co było, było ważne i mocne.Żałuje bardzo, że tak to wszystko się potoczyło. Ale tak widocznie musiało być.

Po tych wszystkich cudownych spotkaniach, odkryciach, niespodziankach, w czwartek 1-go lipca wyruszyłyśmy z Blondyną do Gdyni na Open’era …. :)

Category: Bez kategorii  58 Comments

Salsa Freak Out

No moi mili. Siedzę sobie na balkonie, żar leje się z nieba, bo już drugi dzień mamy prawie 40 stopni C w Kolonii. Podjadam sobie truskawki i zabieram do pisania. Do napisania zbieram się już od kilku dni, nie wiem jednak od czego zacząć, co napisać, jak to ugryźć. Zacznę więc od najświeższych wydarzeń, które mną poruszyły. Tj. dzisiejszych zajęć z tańca. Z powodu upału przyszły tylko 2 osoby więc nasz Miszcz zdecydował się zrobić zajęcia z salsy parami. Zaprezentował nam kilka kroków, kilka ozdobników i wyjaśnił ogólną zasadę: salsa parami to taniec macho z jego (albo nie-jego ;) ) kobietą, która w zasadzie musi się podporządkować, aczkolwiek jak najbardziej może tupnąć lub na coś się nie zgodzić. Dodatkowo to taniec ekstremalnie intymny, temperamenty. Obnaża lub wydobywa cały seks, jaki w nas jest. A nawet więcej :) Taniec niezwykle piękny i poruszający, emocjonalny, uczuciowy.
Problem w tym, że wszelkie zachowania na parkiecie są tak zajebiście podszyte seksem, że aż aaaahhhh. I ja wyobraźcie sobie, nie umiałam wziąć w tym udziału. Za każdym razem kiedy była moja kolej, udawałam że nie mam o tym pojęcia, unikałam kontaktu wzrokowego, ociągałam się. Prawdę mówiąc chciałam wiać, gdzie pieprz rośnie. Miszcz śmiał się, ze się jeżę, uciekam wzrokiem, całe moje ciało się spina, ramiona się podnoszą. Mówił, że czuję muzykę, rozumiem taniec i rozumiemy się w tańcu, ale mój strach potrafi w sekundę wszystko zepsuć. Tak jak w Dirty Dancing w tej scenie, kiedy Johnny uczy Baby tańczyć, a ona wzrok ciągle w podłogę. To ja tak samo :) Miszcz, żeby mi pomóc, żebym się przełamała zaczął mnie nawet przytulać, śmiejąc się z tej mojej paniki, zmuszał mnie, żebym patrzyła mu w oczy, była sexy, aplikował figury w których musiałam się głaskać po włosach, a potem jeszcze jego. Ohhh maaatko, no nie uwierzycie, dla mnie to były straszne katusze.
Miszcz śmiał się, że kiedyś też tak miał, nie dał się nikomu dotknąć, zbliżyć, uważał, że jest i chce pozostać wolnym ptakiem. Wydało mi się to ciekawe, że przeszedł w ogóle do takich wniosków. Że ten mój strach w tańcu oznacza coś więcej niż zwykłe niekomfortowe poczucie, jakie rodzi przebywania tak przeraźliwie blisko i działanie na siebie tak mocno, dwóch obcych sobie osób. Zajęcia się skończyły, a ja zostałam z tym jego ostatnim spostrzeżeniem. No i się zdołowałam. Uwielbiam tańczyć, podoba mi się salsa i nawet podoba mi się idea tej gry mężczyzny i kobiety w tańcu i podporządkowanie. Jak zamykałam oczy tańcząc z nim, czułam się bosko. A jak otwierałam – freak out. Z kim lub kiedy byłabym w stanie zatańczyć to na 100% i z otwartymi oczami? No chyba tylko na niezłym gazie :) I czy w związku z tym mam problem? Czy fakt, że gdzieś we mnie jest ta zdolność do odtańczenia salsy w gorącym duecie, ale ją hamuję, oznacza, że mam problem z okazywaniem uczuć A może się ich boję? Chyba się boję. Chyba naprawdę zdziczałam.

Żeby zatańczyć z kimś na serio i na 100%, żeby otworzyć się i żeby wszystkie hamulce odpuściły, muszę czuć się bezpiecznie i pewnie.Albo na gazie. Jak ktoś się przedrze przez ten mój strach lub umiejętnie go wyeliminuje, dostanie wulkan energii i takich tam :D Myślicie, że ten problem dotyczy tylko tańca? Czy, tak jak Miszcz zauważył, może być to oznaka jakiegoś bardziej ogólnego zabarykadowania się, oddzielenia od innych? Czy ja zdziczałam naprawdę?Eeee chyba nie … Ale coś jest z tą salsą … no nic, może wydedukuję potem o co cho.
Buziaczki

ps. Potem napiszę Wam o Open’erku z Blondyną.

Category: Bez kategorii  63 Comments

Take it in

Dziś mam dla Was fragment piosenki. Posłuchajcie sobie tego, bardzo przyjemne.
Na żywo 100x lepsze. Wiem, widziałam i słyszałam! :)

And oh, my heart has flown to you just like a dove
It can fly, it can fly
And oh, please take my heart and keep it close to you
Take it in, take it in

Hot Chip ˝Take it in˝

Category: Bez kategorii  46 Comments