Archive for » Październik, 2010 «

Hapiness is izzy. vol. 2

Morze Bałtyckie w październiku jest piękne. Z Bałwanem u boku jest piękne. Mieliśmy szczęście z pogodą w Bałwana urodziny, chociaż z samego rana próbowała (pogoda) nas nabrać i wystraszyć. Mazurski poranek powitał nas szalejącym za oknem wiatrem. Bałwan miał alternatywę dla nadmorskiego spaceru, ale szczerze i on i ja mieliśmy w głowie tylko morze. Nic nie byłoby w stanie wynagrodzić nam braku widoku wody. Miało to też sens symboliczny. Obiecaliśmy sobie, po moim lipcowym i sierpniowym, a Bałwana sierpniowym pobycie nad morzem, że następny raz będzie razem.

Ruszyliśmy wczesnym popołudniem (dobrze pamiętam?) w krótką trasę do Krynicy Morskiej. Jazda z Bałwanem jest przyjemna. Lubię siedzieć w aucie obok mojego mężczyzny. Kiedy on prowadzi, ja jestem DJ-em. On skupiony na ruchu, znakach drogowych i innych użytkowanikach drogi, ja skupiona na nim. Uwielbiam patrzeć na niego, wymieniać uwagi, żarty. Rozmawiać o wszystkich sprawach, jakie nam przyjdą do głowy, ważnych i mniej ważnycvh. Łapać się za ręce. Czuję wtedy (ale nie tylko wtedy), że wszystko jest na swoim miejscu, że wszystko jest tak zaskakująco, tak po prostu dokładnie tak jak powinno być. Wydaje mi się, że to szczęście. Wyczekane i należne :) zarówno jemu jak i mnie. Mam nadzieję, że wszystko będzie tak jak dotychczas, że ta magia pozostanie między nami na długo.

Morze Bałtyckie jest w październiku piękne. Pusta Krynica, jedna czynna restauracja, jeden sklepik z resztkami wakacyjnych upominków. Bałwan, ja, pusta plaża, zamieciony wiatrem na gładko piasek, szalejące fale, pyszniasta ryba na obiad i duże piwo. I szczęście.

Life is good.

Category: Bez kategorii  52 Comments

Z przeznaczeniem nie wygrasz. I dobrze.

Ano czasem tak mamy (macie? ja mam), że czekamy na coś, nawet czynimy jakieś kroki w tym kierunku. I nic. Nie działa, nie da się, jakby wszystkie siły sprzysięgły się przeciwko i blokują Twoje usiłowania. W sprawach ważnych i poważnych, odnotowanie takiej sytuacji bywa na wagę złota. Lepiej z uporem maniaka nie iść tam, skąd niewidzialna ręka nas zawraca. Bo ostatecznie można dopiąć swego, ale nie zawsze się to opłaca. Czasem też warto odpuścić coś czasowo, po to żeby dostać i rybki i akwarium :) Innymi słowy warto czasem przyjąć te sygnały, zaakceptować czasowy brak dostępu i cieszyć się tym, co się ma bądź w ramach pocieszenia dostaje.

Ostatnie pocieszenie bowiem jakie dostałam, okazało się o wiele lepsze niż to, co planowałam zdobyć.

Od kilku miesięcy (ponad pół roku) wybieramy się z Katie na wycieczkę do Bonn. Nie jest stwierdzone, że w Bonn jest coś wyjątkowego do obejrzenia, ale jednak jesteśmy tak blisko i stwierdziłyśmy, że trzeba po prostu pojechać i sprawdzić. Za każdym razem, każdy jeden plan wycieczki upadał. I tak sójki wybierały się za morze. Do niedzieli. W niedzielę miałyśmy znów plan, który tym razem wypalił. Po wspólnym, leniwym i obfitym (potrzebowałyśmy sił na zwiedzanie) śniadaniu poszłyśmy na dworzec. Do pociągu wsiadłyśmy (wbiegłyśmy) w ostatnich sekundach przed odjazdem (zagrożenie dla planu!). Ale się udało. W pociągu poszukałyśmy miejsc i z radością zauważyłyśmy, że się udało! Jedziemy do Bonn!

Mniej więcej 5 min później usłyszałyśmy komunikat, że pociąg jednak nie dojedzie do Bonn, ostatnią stacją jest Bruehl i tam radzą nam przesiąść się w inny pociąg, ewentualnie tranwaj albo co tylko sobie chcecie. W każdym razie, o Bonn możecie zapomnieć :) Pociąg był wypełniony ludkami, ewentualna przesiadka oznaczałaby podróż, jak w konserwie. Przypomniało mi się jednak, że w Bruehl jest jakiś zamek tuż przy dworcu, więc postanowiłyśmy przeczekać pierwszą falę przesiadających się i odwiedzić zamek. Od frontu prezentował się on jak każdy jeden nudny pałacyk jakiegoś dawno martwego, ale wcześniej bardzo brzydkiego króla. Weszłyśmy do WC i po drodze zobaczyłyśmy plan tego miejsca, które okazało się gigantycznym zespołem pałacowo-parkowym. A wszystko schowane! Poszukałyśmy wejścia do tej magicznej krainy i weszłyśmy do ogrodu, który był bajkowy.

Fontanny, kwiaty, fantazyjnie wystrzyżona trawa. Były ścieżki i obrośnięte pnączami bramki, które kusiły wchodzeniem głębiej. Były nawet dwie palmy! Były altanki też obrośnięte zieleniną. Było bajkowo i sprowokowało to nas do wymyślania historyjek sprzed lat. W altankach na przykład żona brzydkiego króla spotykała się na schadzki z przystojnym młodym włoskim lokajem. Strasznie nas to bawiło, muszę przyznać. Potem zrobiłyśmy sobie przerwę nad bajorkiem, wygrzewałyśmy się w mocnym słonku i zjadłyśmy ciasteczka, i ruszyłyśmy głębiej w park. Szłyśmy aleją szeroką na ok 3-4 metry. Była równa i uprzątnięta z gałęzi i nadmiaru liści. Po bokach wysoczaste drzewa, piękne konary, omszałe pieńki. Całość gęsta, między gałęziami przebłyslkiwały promienie słońca. Przepiękny efekt. Gdzieś niedaleko nas w tym gąszczu przemknęła … Alicja w Krainie Czarów :) Chyba ktoś zorganizował sobie tam sesję foto. Nie zdziwiłabym się jednak, gdyby się okazało, że po prostu tamtędy przechodziła. Wszystko wyglądało tak strasznie magicznie i bajkowo :) Katie stwierdziła nawet, że drzewa wyglądają jakby za chwilę miały otworzyć oczy. A jak zobaczyłam psy wyglądające jak Falkorn z Niekończącej się opowieści, to tylko spytałam Katie, czy jak na niego usiądę to polecimy :D

Gdy dotarłyśmy do końca alei, udałyśmy się do sąsiedniego pałacyku, który wybudowany został oficjalnie dla zaspokojenia myśliwskich pasji brzydkiego króla. A właściwie arcybiskupa. A jaki był właściwy powód? Pałacyk myśliwski jest położony wystarczająco daleko od pałacu właściwego, żeby trzymać wszystkich na dyskretny dystans. A jednocześnie do pałacyku jedzie się bardzo długą aleją, prowadzącą w linii prostej z parku do pałacu. Wystarczająco długą, żeby ostrzec przed przybywającymi, nieproszonymi gośćmi. Takie w każdym razie miałyśmy skojarzenie :) A w jakim celu i przed kim pałacyk miałby chować, sami sobie wymyślcie :) Letni pałacyk myśliwski został wybudowany w kształcie pudełka na tabakę, nazywa się Falkenlust i wygląda tak

W środku wygląda naprawdę cudownie. MOgłabym tak mieszkać :) .

Zespół pałacowo-parkowy w jakim byłyśmy nazywa się Augustusburg i możecie o nim poczytać tutaj.

Nasza nieplanowana wycieczka do Bruehl, w trakcie planowanej od dawna wycieczki do Bonn potrwała w sumie ok 3 godzin. Było chyba po 5-tej kiedy weszłyśmy na peron. A tu niespodzianka – stoi pociąg do Koblenz przez … Bonn :) Spojrzałyśmy na siebie i rura do środka :) No i pojechałyśmy (w końcu!) do Bonn, w którym hehe no serio, nic nie ma :) Miasto wygląda jak siostra/brat Kolonii tylko chyba jest czystsze, ma też coś ala starówka, czego w Kolonii brak. Nie jest brzydko, jest całkiem przyjemnie. Byłyśmy jednak już tak wymęczone, że po obiadku nad Renem wróciłyśmy na dworzec. Podróż do Kolonii spędziłyśmy smacznie śpiąc :) I wniosek miałyśmy. Czasem Coś/ Ktoś wie lepiej, że do Bonn nie warto jechać na dłużej niż, godzinę-dwie. Mogą istnieć o wiele ciekawsze altrnatywy, np. Bruehl. Dlatego nie warto chyba czasem tak uparcie i wiernie trzymać się planu?

Category: Bez kategorii  71 Comments

Takie tam artystyczne majaczenie :)

Kochani,

wyobraźcie sobie malarza, który tworzy dzieło. Ma na to określony czas, powiedzmy kilka miesięcy. W którym momencie determinuje się, że faktycznie będzie to dzieło, a nie bohomaz? Bo w sumie są tylko dwa ewentualne zakończenia – albo dzieło, albo bohomaz. I w momencie, kiedy zacznie się przygotowywać płótno, no to już nie ma zmiłuj. Trzeba malować i starać się, żeby było dzieło. I jeszcze straszne jest to, choć dla niektórych może też/lub mobilizujące, że w obrazie na płótnie nie ma miejsca na poprawki. Jak się pojawiła kreska, to jej się nie da wymazać, poprawić …

Fajnie byłoby, móc zaplanować sukces. No, ale przecież malarstwo to sztuka, możemy mówić o natchnieniu, inspiracji. Ale słowa planowanie raczej nie ma w słowniku artysty. No to, nazwijmy to inaczej, w głowie artysty powinna być … koncepcja! O to nawet bardzo dobre słowo. Koncepcja powoduje, że rodzi się genialne dzieło. Antykoncepcja sprawia, że dzieła nie ma :)

No to właśnie chciałam Wam oznajmić, że mi się zdaje, że koncepcja się uskuteczniła … Hmmmmm noo mam taaaką paranoję, że będziemy mieli rozczochrane bałwaniątko … Nie ma jakichś strasznych powodów, aby tak sądzić. Ale z różnych względów zaczęło to mi coraz bardziej kołatać się po głowie. Stąd też moje pytanie o dzieło. Abyśmy z Bałwanem dorobili się dzieła, trzeba byłoby zacząć malować ten cud … dieta, sen, spokój. To są te rzeczy, których potrzeba artyście, żeby po kilku miesiącach spojrzeć na namalowany obraz i żeby cieszył on oko i serce…

Rozumiecie coś z tego wywodu ;) Jak nie to odłóżcie to na półkę. Jeśli tym razem koncepcja okazała się antykoncepcją, to nie będzie miało znaczenia.
A jeśli koncepcja okaże się koncepcją, tooooo … CDN :)

Całusy, miłego weekendu.

Category: Bez kategorii  57 Comments