Archive for » Marzec, 2011 «

Spróbuję …

niektórzy wiedzą, a niektórzy nie, jakie są przyczyny tego, że ˝w moim wieku˝ nie umiem gotować. Otóż w moim domu rodzinnym, kobieta stała przy garach, a panowie oglądali mecz. Buntowałam się okrutnie i stwierdzenie mojej mamy: ˝chodź, nauczę Cię robić pierogi, bo MUSISZ się nauczyć robić pierogi˝, poskutkowało tym, że do dziś nie potrafię nie tylko robić pierpgów, ale praktycznie nie umiem gotować.

Zamierzam, planuję i MARZę jednak, aby to zmienić. Pewie nie będzie łatwo, nie wiem czy bliscy wytrzymają czas uczenia się, ale bardzo bym tego chciała. Dzięki Zosi zaczęłam próbować potraw, których wcześniej nie mogłam wziąć do ust, głównie mięso. I dzięki temu lista dań do przyrządzenia jest całkiem spora. mam wielką nadzieję, że uda mi się ta sztuka. W końcu teraz będę musiała zadbać o dwie kochane osoby, prawda?

Z innej beczki … Dziś jest dzień wyjątkowy. Ostatni 30-ty Dżeniski K. Dokładnie za miesiąc powiemy sobie TAK. A może będzie tylko wrzask? ;) Na pewno będzie płacz i stres. Mam gigantycznego pietra. Po pierwsze boję się samej ceremonii, tego jak duża będzie Zosiunia, czy będę się denerwować … Ale boję się też tego co będzie potem: nowej roli żony i mamy. Chcę być najlepszą żoną dla Bałwana i mamą Zosi.

Amen!

Category: Bez kategorii  56 Comments

Się najadłyśmy strachu. Tzn ja się najadłam, bo Zośka luz blues.

Zaczęłyśmy 23 tydzień ciąży i, jak do tej pory, wszystko przebiegało bez najmniejszych komplikacji. Tym bardziej wystraszyłam się, kiedy przedwczoraj w nocy najpierw złapał mnie skurcz w łydce, a rano nie mogłam normalnie wstać z łóżka. Mała tak się spięła, aż mi bulwa na brzuchu wyskoczyła. Bolał mnie brzuch, tak, że nie mogłam wstać, wyprostować się, chodzić. Myślałam, że przejdzie, ale nie przeszło wiec o 14 złapałam za telefon, zadzwoniłam po poradę do szpitala i pojechałam tam ostatecznie, bo przez telefon oczywiście nie byli w stanie stwierdzić, czy to coś poważnego czy nie.

Bolało jak na wyrostek. Tyle, że mój jest od 23 lat jest wycięty, ale przysięgam, wróciły wspomnienia i wszystkie objawy były identyczne. Ból z prawej strony, w konkretnym miejscu, trochę promieniujący. Miałam problem, żeby przyciągnąć nogi do brzucha, a nawet chodzić po schodach. Do szpitala pojechała ze mną koleżanka z pracy i całe szczęście, bo nas strasznie ganiali tam w górę i w dół. Ja nie mogłam, więc koleżanka wszystko załatwiała, a ja czekałam na lekarza. Lekarkę właściwie. I muszę przyznać, że lekarka okazała się cudowna. Całkowite przeciwieństwo Królowej śniegu – miła, rozmowna, troskliwa. Zabrała mnie do gabinetu i powiedziała, że najpierw sprawdzimy czy z niunią wszystko dobrze, a potem spróbuje pomóc mnie.

Zosiunia z naszej paniki nic sobie nie robiła. Zaglądamy na monitor podczas usg, a ten mały Ananas się właśnie skupiał na chwytaniu swoich stópek :) Odetchnęłam, że Zosiunia ma się dobrze, a lekarka kontynuowała badania. Z czystym sumieniem muszę powiedzieć, że sprawdziła absolutnie wszystko, co mogło powodować ból. Miałam 3 usg. Sprawdziła czy łożysko się nie odkleja, czy nie ma rozwarcia, nerki, pęcherz. Wszystko w najlepszym porządku (widziałam łożysko! ale klucha :) ). Lekarka zawyrokowała, że boli mnie miejsce po wyciętym wyrostku, na które dzidziuś naciska i próbuje rozciągnąć. Dostałam przeciwbólowe i nakaz takiej pozycji, w której czuję ulgę. Naprawdę odetchnęłam. Co tam ból, najważniejsze że malutkiej nic nie zagrażało. A właśnie. Przy okazji P.Doktor zmierzyła moje dziecko i mamy update jej wymiarów. W ciągu 2 tygodni nasze dziecko urosło 4 cm (teraz 25) i waży prawie pół kilograma :) Zaczynamy się gryźć w język, mówiąc o naszym MAŁYM Skarbie :)

Poza tym nasze dziecko wykazuje specyficzne zachowania. Chętnie pokazuje :) Lekarka spojrzała na monitor i ze śmiechem powiedziała: wow, to NA PEWNO jest dziewczynka :)

Co poza tym? W wekend odwiedził nas wujek Piotrek. Była pięna pogoda i złaziliśmy Kolonię wszerz i wzdłuż. Ciekawe, to był jego pierwszy raz w Kolonii, a mój tak jakby ostatni. Jeszcze tam zawitam, chociażby żeby pozamykać formalności, ale to był ostatni weekend, kiedy miałam mieszkanie. Smutno mi było bardzo. Niczego nie żałuję, poza tym, że opuszczam to świetne miasto i współlokatorkę Sarę.

Nie mam jednak czasu na smutki, bo już we wtorek lecimy do Polski :) I to albo na dobre, albo prawie na dobre :) Już za chwilę będziemy mogli z Bałwanem powiedzieć, że udało nam się przetrwać i czas rozłąki już za nami. Przed nami remont i czekanie na Zosię. Czyli to, na co nie mogę się już doczekać. Wraz z tą fasolką pojawił się u mnie instynkt kury domowej. Interesują mnie garnki, wazony i farby na ścianę. Leroy Merlin, Obi … nadchooodzę :D

Uściski! Podwójne!! (to pisałam ja – Zosia)

Category: Bez kategorii  25 Comments

Koelle Alaaf 2011

To nasza grupka międzynarodowa (m.in. Japonia, Wenezuela, Korsyka, Niemcy, Brazylia i Polska x3). Zosia tez z nami była. To jej pierwszy karnawał. Przebrała się za małego kotka, który się jeszcze nie urodził.

Dzisiaj ostatni dzień balowania w Kolonii. Słynny na cała Europę karnawał, który trwa tyle samo, co u innych, tylko trochę bardziej intensywnie, zaczął przyspieszać w ostatni czwartek o 11.11, a dziś miał punkt kulminacyjny w postaci kilkugodzinnej parady. Ludziska jeszcze szaleją na ulicach. Słychać muzykę, a pod nogami przewalają się tony śmieci, pobitych butelek, plastikowych kubków, szczątków kostiumów.

Zosia i ja wybrałyśmy się dziś na paradę. Odważyłyśmy się wejść w ten nieobliczalny tłum, gdyż nie byłyśmy same. Katie była z nami, a dodatkowo przyjechali tacy znajomi, którzy kiedyś mieszkali w Kolonii. Przyjechali tez ze swoimi znajomymi. Więc była nas grupka. Taka jak widać na zdjęciu.

Resztę dopiszę jutro, bo jesteśmy bardzo z Zosiunią zmęczone.

Dobranoc.

Dopisane:

A tak w ogóle to zupełnie nie wiem skąd właśnie w Kolonii tak intensywnie świętuje się koniec karnawału, że nazywana jest (Kolonia) europejską Brazylią. Rozmach jest faktycznie gigantyczny. Jak pisałam wcześniej, wszystko przyspiesza w ostatni czwartek przed środą popielcową. W tym roku akurat nie byłam od rana w mieście, przyjechałam po południu z Lux. Po drodze i to wcale nie tuż przed Koeln, wsiadali już poprzebierani ludzie. Całą drogę towarzyszył mi Mario, Małpa i Hipis, którzy bez skrąpowania, upominania, ale i bez ekscesów i rozróby popijali sobie piwko w pociągu. W Bonn dosiadło się sporo imprezowiczów. Jeden wzbudził moją szczególną uwagę. Pan 50+ w płaszczu, surowa mina. Spod spodni wystawały mu zielone, chirurgiczne spodnie. Na głowie miał czapkę chirurga. Ewidentnie było to jego przebranie, jednak mina równie dobrze mogła informować o tym, że właśnie skończył dyżur i jedzie do domu, a co.

Potem w Kolonii, wszyscy przebierańcy mi się już dość mocno wymieszali. Całe ulice były pełne cudaków, stąd kogoś super oryginalnego było już ciężko wyłowić. No może jeszcze jeden pan z kategorii wiekowej zaawansowany. Przebrany był za trawnik. Fajnie wyglądał, miał do głowy przytwierdzony … trawnik :)

Potem już było mniej wesoło, bo po pierwsze zdecydowałam się na piechotę dojść do domu, co oznaczało przedzieranie się przez tłum, który od przedpołudnia ni mniej ni więcej tylko chlał. Zataczali się, śpiewali, leżeli. Jakaś Indianka usiłowała, na parapecie siedząc, zjeść kebaba i za nic nie potrafiła sobie trafić nim do buzi. Z kolei Więzień, oparty o ścianę i zgięty pod kątem 90stopni usiłował wysłać smsa bądź wystukać numer na komórce. Tak żałuję, że nie mogłam zrobić im zdjęć. Po drugie natomiast, pilnie potrzebowałam wejść do apteki i spożywczego, co niestety już było niemożliwe. Tego dnia wszystkie sklepy, w obawie przed pijanym tłumem, zostały pozamykane przed czasem.

Dla zaprawionych w imprezowaniu ten czwartek zaczynał baaaardzo długi weekend. Trudne do uwierzenia, ale większość naprawdę przebalowała ostro te dni, w zadymionych i zapchanych klubach, pijąc i tańcząc do białego rana. Przez wszystkie te dni, wieczorami w strategicznych miejscach stały ambulanse (widziałam kilka wzdłuż jednej z głównych ulic, niedaleko której mieszkam), gotowe udzielać pomocy. Możecie więc sobie wyobrazić skalę tej balangi. Jeszcze w piątek miasto było w miarę uprzątnięte. Potem już nie dało rady dbać o to na bieżąco. Dodatkowo w sobotę i niedzielę szykowano się na poniedziałkową paradę, która jest punktem kulminacyjnym świętowania. Czy możecie sobie to wyobrazić, że w sobotnie popołudnie samochody rozwoziły deski do zabijania witryn sklepowych przy głównych deptakach? Wyglądało to trochę, jakbyśmy czekali na jakiś kataklizm albo zamieszki. Na pewno było to podyktowane doświadczeniem więc domyślacie się, że cały karnawał, a w szczególności ostatnie jego dni plus parada, faktycznie bywały i mogą być niebezpieczne. O właśnie, przykład z wczoraj. Wzdłuż trasy parady, tam gdzie stoją budynki mieszkalne, ludzie nie fatygują się na dół tylko stoją na balkonach lub siedzą na oknach. Wczoraj właśnie z budynku wypadł facet. Nie widziałam jak leciał, tylko jak już leżał, niedaleko. Najpierw próbowali mu pomóc na miejscu, ale nie odzyskał przytomności i zabrali go na noszach. Ciekawe ile wypadków, zranień zanotowano ogólnie.

Wczoraj, na paradzie, miałam już aparat więc dodaję kilka najciekawszych zdjęć. Mam nadzieję, że oddają choć po części atmosferę. Generalnie, jak tak sobie pomyślę, to ten karnawał to nic wyjątkowego nie jest, wszystko kręci się wokół chlania i przygodnych znajomości. Ale może ja też się już starzeję? Niemożliwe! ;)

To Katie w swoim oszczędnym stroju (od kredek do makijażu dostała alergii) i ja we własnej kocio-myszej osobie. Pierwotnie miałam się przebrać za Myszkę Miki, ale nie znalazłam fajnych uszu. Znalazłam za to fajne kocie uszy, które kupiłam. Więc tak naprawdę powinnam być kotkiem, ale podobno wyglądałam jednak bardziej, jak mysz. Tak czy siak, chyba fajnie, nie?

Pozostałe zdjęcia poniżej. Dodałam do nich opisy, które wyświetlają się po kliknięciu na każde zdjęcie. Miłego oglądania :)

Category: Bez kategorii  Leave a Comment

Cierpienia emigranta

Boże! Jak ja dziś okrutnie cierpię z powodu takiego, że jestem poza krajem. Bardziej niż zwykle. Od samego rana myślę tylko o tym, że dziś w PL tłusty czwartek i każdy dziś sobie folguje ze słodkościami. W każdym biurze leżą pączki, ciągle ktoś donosi nowe, na ulicach wszyscy z białymi pakunkami z logo przeróżnych cukierni. A ja? A ja tu sama z Zosią, bez szans na pyszności. Pączka tutaj wprawdzie można kupić, ale nie smakuje tak jak te nasze. Te nasze są delikatniejsze w smaku, bardziej miękkie, mniej sztuczne i słodkie, ślicznie zarumienione z zaznaczoną na żółto linią w miejscu, gdzie kończył się poziom oleju, w którym się smażyły. Mhhhhmmm

Mówię serio, dostaję tu bzika wiedząc, że Wy wszyscy macie je (pączki!) na wyciągnięcie ręki, a ja nie nadążam wycierać cieknącej ślinki :) To nie fair. Ja chcę pączka! Zosia chce pączka! Dziecku odmówicie?? Aaaaaaaaaaa!!

….

mimo wszystko pozdrawiamy ;)

Category: Bez kategorii  Leave a Comment

Nasi wygrali!

powiedział Bałwan na zakończenie meczu FC Kolonia z SC Freiburg :P Ok, ok, bramka poszła od nogi naszych (Podolski) (świetna strona). To najważniejsze :) To tak jakby polska reprezentacja, co tam -cała Polska! wygrała. Hihi. A wszystko to działo się w ostatnią sobotę w Kolonii. Tatuś Bałwan odwiedził swoje dziewczyny, a ponieważ miał zaległy prezent imieninowy, a od zawsze (no może odkąd się ˝znamy˝;) ) marzył, żeby zobaczyć stadion i grę drużyny z Kolonii, zakupiłam 2 bilety. Wg regulaminu nie wolno na swoim bilecie wpuszczać osób trzecich w tym dzieci, my jednak przemyciliśmy Zośkę, której chyba się spodobało. W każdym razie nie zgłaszała niezadowolenia.

A propos Zosi, najważniejsza sprawa jest taka, że dziś, dokładnie dziś, rozpoczęłyśmy drugą połowę ciąży. Oczywiście teoretycznie, bo wg wyliczonego terminu porodu. Niemniej jednak, prawdopodobnie od dzisiaj będzie już bliżej z każdym dniem do momentu jej powitania. W związku z tą datą byliśmy całą trójką na badaniu połówkowym u Królowej śniegu. Zimna Tilda nie rozczarowała nas, była oszczędna w słowach i jeszcze bardziej w emocjach. Dość ostro potraktowała mnie też podczas badania. Podczas USG próbowałam łagodzić jej zachowanie. Kiedy pokazała nam Zosi oczka zażartowałam pytając czy są zielone czy brązowe. Ona na to: ˝nie widzę˝ … Oznajmiliśmy jej też, że niedługo wracamy do PL, ale jeszcze umówiliśmy się na kolejną wizytę na wypadek, gdybym potrzebowała jakichś zaświadczeń czy dokumentów dla pracodawcy czy ubezpieczenia.

Aaaa i jeszcze jedna istotna rzecz – królowa śniegu potwierdziła, że mamy dziewczynkę :) Wg niej to pewne.

Co jeszcze? Jesteśmy już z Zosinką w Luxie (tam pracujemy), a mieszkamy w uroczym miasteczku Trewir – najstarszym niemieckim mieście, z pozostałościami jeszcze po epoce rzymskiej (bardzo ładna Porta Nigra). Mieszkamy dość daleko od centrum, w okolicy, do której na piechotę z miasta nie dotrze się na piechotę – ciągle ostro pod górę. Z mieszkania widać stoki winnic i czuje się, że powietrze jest przyjemniejsze. Mieszkanie umeblowane, a moje meble w Kolonii udało mi się sprzedać. Bałwan wyprowadził już większość moich rzeczy do Warszawy więc jedną nogą i (wierzcie mi) całym sercem jestem już w kraju. Jeszcze tylko 1,5 miesiąca, a może nawet mniej …

Podwójne pozdrowienia :)

Category: Bez kategorii  80 Comments