Archive for » Maj, 2011 «

Echu Echu

Ostatnie tygodnie, ba! miesiące nawet, były dla nas tak nakręcone na pełne obroty, że nie zorientowałam sie, że to dla mnie i mojej małej dziewczynki za dużo. Natychmiast prawie po ślubie, zaczęło mnie drapać gardło i tak drapało 3 tygodnie prawie, aż w końcu w ostatnią sobotę nastąpiło wyłaczenie zasilania. Bałwan był w pracy tego dnia, zaraz po powrocie miał mnie zastać gotową do wyjazdu na zakupy. Zamiast tego zastał mnie gotową do dalszego głębokiego snu.

Mimo to szybko się zebrałam i pojechaliśmy. W niedzielę było już na tyle nieciekawie, ze pojechaliśmy na ostry dyżur. Tam zgięta w pół od duszącego kaszlu usłyszałam, że nic mi nie jest, ale kaszel może wywołać skurcze. Dostałam syrop i nakaz picia soku malinowego. Następnego dnia miałam też zgłosić się do internisty, żeby mógł monitorować mój stan. Zgłosiłam się i dostałam skierowanie do laryngologa i pulmonologa, bo oczywiście, jak stwierdziła P. Doktor, nic mi nie było. Laryn przyjął mnie w trybie pilnym i stwierdził zapalenie oskrzeli.

Internistka była na tyle miła, że sama wyszła z propozycją zwolnienia lekarskiego. Oczywiście się zgodziłam. Tyle, że baba miała pewien problem, nie mogła wystawić zwolnienia, dopóki nie doniosę jej … zaświadczenia o ciąży. Serio. No to zadzwoniłam do naszej ginki, uzgodniłam, że mi to zaświadczenie wystawi i podrzucę Pani Formalistce. Gdy jednak zjawiłam się u ginki ona stwierdziła, że żadnego zaświadczenia mi nie da, bo to głupie (babie w 8 miesiącu ciąży!) i sama wystawiła mi zwolnienie lekarskie. Niby załatwione, ale chciałam być miła i pojechałam do Internistki – bo tak się umówiłyśmy. I dla mnie to już było za wiele, kiedy próbowałam jej powiedzieć, że nie potrzebuję zwolnienia (1 zdanie) ona kazała mi czekać. Wkurzyłam się bo „dzięki” niej chora łaziłam po lekarzach i jeździłam po mieście, kiedy mogłam po prostu kurować się w domu. Zeszłam na dół i zmieniłam lekarza pierwszego kontaktu. Ale co się naryczałam (chlipałam całą drogę do domu a potem jeszcze z godzinę) i jak mnie nastepnego dnia głowa bolała, to moje :/

Pocieszałam sie jedynie tym, że do Asi – ginki i tak musiałabym podjechać, bo kasa chorych zgubiła mój certyfikat o porodzie, musiałam więc wziąć nowy. Wziełam, ale podczas rozmowy z kasą chorych dowiedziałam się, że jednak go dostali … Malo tego! Powiedzieli mi, że moje zwolnienie tez nie jest im potrzebne, bo już jestem na należnym urlopie przedporodowym … Wszystko było psu na budę.

Grunt powiedzieć, że trochę się w tym tygodniu naryczałam. Emocje pikują w dół. Ciekawe czy to Zosi zasługa i hormonów.

Mimo wszystko liczę na udany, miły weekend z moim ukochanym Bałwanem.

ps. @Jest w porzo. Nie mogę się u Was wpisywać, bo zapomniałam dane :(

Category: Bez kategorii  38 Comments

Oj córuś, córuś …

mawiała od pewnego czasu Rowerem na Bani. No i co, miała rację. Już ja panienką nie jestem, za mąż mi było iść trzeba :) I bardzo dobrze. Wprawdzie jako żona czuję się dość niezręcznie, rękami i nogami bronię się przed kwokowatością i takim charakterystycznym dostojeństwem, albo nawet pyszałkowatością, jaką kiedyś obserwowałam u świeżozaobrączkowanych. Nie zamierzam ubierać się w garsonki, spoważnieć ani (broń Boże) się starzeć!! Moja Zosiunia wprawdzie krzyżuje mi trochę te plany, bo jednak wysoce-ciężarny brzuch odejmuje młodości, lekkości i niewinności, ale co tam. Moja dziewczynka jest najważniejsza.

Ale nie powiem, łapią mnie zwiechy humoru, kiedy widzę, jak zmieniła się moja figura. Bałwan mnie pociesza, że w moim przypadku wyrósł mi tylko brzuch i inne dziewczyny mają większe zmiany. Nie poradzę jednak nic na to, że zajmuje mnie kwestia tego czy jestem jeszcze interesująca, pociągająca czy tylko jestem matką. Bo czuję się … no kto jest/był w ciąży wie jak …

A wracając do ślubu i wesela, to był piękny dzień i przeżycie. Chciałabym żeby sie powtórzyło, bo mam pewne obserwacje i doświadczenie i niektóre rzeczy zrobiłabym inaczej. Ale jesli chodzi o całość to jestem zadowolona. Bałam się wcześniej, czy mi coś nie odwali, czy nie zaatakuje mnie Zosiopochodna fala hormonów. Ale nic takiego sie nie wydarzyło. Krótki, ale mocny atak paniki zanotowalismy tylko w piątek. W sobotę na nerwy nie było czasu. A w momencie kiedy włożyłam suknię, a za oknem zobaczyłam mojego Mężczyznę, już wszystko było ok. Byłam spokojna i szczęśliwa przez caly ślub i wesele.

Mielismy cudnych gości, wspaniale sie bawili. Niedługo, jak tylko odkopiemy sie troche z remontowego gruzu (Bałwan wziął sobie do serca obowiązki Pierwszego Mężczyzny w domu) będziemy chcieli podziękować wszystkim i spotkać sie na wspominanie. Weselnej wódeczki mamy jeszcze spory składzik, jako że Rodzice nasi zaaferowani przygotowaniami, zapewnili zapasy (także jedzenia) na ze dwa wesela :)

Więcej szczegółów z czasem. Pozdrawiam z nowej perspektywy – Dżeniska Bałwańska

Category: Bez kategorii  2 Comments