Archive for » Czerwiec, 2011 «

Kulinarnie

Rowerem na Bani natchnęła mnie do dzisiejszego wpisu chwaląc się swoją pierwszą tartą truskawkową. Ja też mam ją już za sobą, drugą zresztą też ;) Świetna sprawa, prosta i pyszna, przepyszna. A przy okazji dodam, że oprócz tarty truskawkowej w ogóle bawię się w gosposię. Na razie mężowi smakuje, ale powiem Wam, że bycie kurką wcale nie jest takie proste. Kuchnia pochłania masę czasu i naprawdę nie widzę tego po tym, jak Zosia do nas dołączy. Poza tym trzeba ciągle uzupełniać zapasy, żeby mieć z czego pichcić.

Myślę, że z Zosią będzie to fajnie połączyć spacer z wypadem po marchewkę. Tylko skąd czas, żeby później przy niemowlaczku gotować? A szkoda, bo sprawia mi frajdę przygotowanie czegoś dla mojej rodzinki (tak tak, Zosia, choć jeszcze w brzuchu, też ma swoje zachcianki :) ). I tak ostatnio na przykład przygotowuję najróżniejsze tarty – ostatnio była z łososiem i szpinakiem oraz z brokułami, pomidorami i serem. Wyszły pysznie, byłam bardzo zadowolona z siebie. Do tego wyglądają atrakcyjnie, kolorowo i wiosennie. Ślinka sama cieknie. Poza tym ugotowałam zupkę i było mi niesamowicie miło, jak mój Bałwan poprosił, żebym zrobiła taką samą, kiedy ta się skończyła. No i co? No i bulgocze sobie teraz kalafiorówka na kuchni, kiedy sobie piszę :)

Bałwan generalnie sygnalizuje, że jest zadowolony. Dopytywałam sie, czy serio mówi, że wszystko mu smakuje, żeby mi za 20 lat nie powiedział „a tamta kalafiorówka z czerwca 2011 to okropna była, a te twoje warzywne placki mnie śmieszyły” :D :D

Poza kulinarnymi dokonaniami spełniam się po prostu siedząc w domu. Tyle się nalatałam dotychczas, że snucie się po mieszkaniu, jakieś małe porządki, pranie, prasowanie, zwyczajnie sprawiają mi przyjemność. Na więcej mnie nie stać, bo moje przyspieszenie wynosi jakieś 3 koszulki na godzinę (prasowanie) i 1 średnioduże pranie dziennie. Czasem uda mi się też poprawić poduszki na słoniowej kanapie! ;)

Miłego wieczoru!

Category: Bez kategorii  41 Comments

Wietrzymy :D

W nadchodzącym tygodniu kończymy szkołę rodzenia. Bardzo fajna sprawa ta szkoła, bo porządkuje wiedzę, którą mamy z książek i doświadczenia znajomych, a czasem dowiadujemy się czegoś nowego – np. uczymy się oddychania. Swoją drogą doprawdy nie wyobrażam sobie, że będę pamiętała o tym oddychaniu w trakcie porodu. Ostatnio na szkole rodzenia mieliśmy kolejny wykład z tego, co będzie PO porodzie. Najpierw Bałwan uczył się przewijać i ubierać Zosiunię, a potem było o karmieniu i o mnie. W porównaniu z tym co czeka moje ciało po porodzie, sam poród wydaje się bułką z masłem. Krwawienia, rany po ewentualnym cięciu, problemy z siedzeniem, poduszka z dziurką, giga-wkłady i majtki przewiewne, a w miarę możliwości konieczność „wietrzenia krocza”. Podczas karmienia znów mogę potrzebować wietrzenia. Jeśli Zosiunia porani mi piersi, muszę: 1. smarować je własnym mlekiem, suszyć, wietrzyć, smarować maścią. Yey!

Termin porodu nam się przesunął na 25 lipca. Więc te powyższe atrakcje też, ale wiecie co? Mimo, że boję się tego jak dam sobie z tym wszystkim radę, nie mogę się już doczekać spotkania z moją córką. Takiego oko w oko, bo spotkania rączka, łokieć, piętka czy pupcia z moją dłonią czy dłonią Bałwana to jest non stop. Nasze dziecko reaguje na głosy, chociaż obce głosy trochę ją zawstydzają. Poza tym reaguje na Lady Gagę, co nas z kolei zawstydza :) Wstaje wcześnie rano, zasypia późno, w ciągu dnia rusza się bardzo dużo. Kochamy ją bardzo za ten kontakt i za to, że jest!

Category: Bez kategorii  25 Comments