Archive for » Sierpień, 2011 «

Mini-Urodziny

Oczywiście nie mogłam sobie odmówić, żeby nie podkreślić że dziś Zosia kończy miesiąc. W tym czasie zdążyliśmy ją z Bałwanem trochę poznać. Czasem odnosiliśmy wrażenie, ze dziecko nasze jest całkowicie przekonane, że źle trafiło. Innym razem stwierdzaliśmy, że może nas rozpoznaje, a nawet toleruje i lubi :) Zosia nam się odwdzięczała hojnie: wszystko co noworodek oddaje było już wielokrotnie na kanapie, naszym łóżku oraz na mamuni, czyli mnie – nie wyłączając najcięższych dział :) Tata Bałwan był do pewnego czasu oszczędzony, ale ku mojej radości, został niedawno „ochrzczony”.

My oboje, choć uważamy, że nie mamy na co narzekać, bo Zosia daje nam odetchnąć, czujemy jednak efekty nieprzesypiania żadnej nocy. Zmęczenie się kumuluje i powoduje, że oboje często podpieramy się nosem, przysypiamy już ok 19-tej (to ja!) bądź z niewzruszoną miną dolewamy keczup do szklanki z colą (to Bałwan!). Pamiętam jednak opowieści Rowera o tym jak u niej zmęczenie się manifestowało i tłumaczę sobie, ze to jak najbardziej normalne. W kontekście tego, że mózg obecnie pracuje mi tak na 15 w porywach do 30%, myślałam jak by to było wrócić do pracy – przecież zrobiłabym tam jeden wielki chaos i bałagan. Matki wracające szybko do pracy – szacunek!

Z okazji swoich mini-urodzin Zosia dostała … trądzik niemowlęcy. Krosteczki pojawiały się już wcześniej ale dziś jest jakaś masakra. Poza tym po raz pierwszy Zosia ucięła sobie drzemkę na brzuszku. Moja malutka, kochana i dzielna Zosiulka :) Wszystkiego dobrego Skarbie, rośnij nam dalej tak piękna i zdrowa. Całus wielki od mamusi.

Miłego dnia

Category: Bez kategorii  33 Comments

„Znaniecka” jestem mamą!!! :)

Nikt się nie zdziwi, kiedy napiszę że Zosia się nareszcie urodziła i to już jakiś czas temu. Ale żeby wszystko było po kolei i aby zachować logiczny ciąg, zacznę tam gdzie skończyłam. Ostatnia notka powstała 3 dni przed rozwiązaniem, którego ostatecznie nic nie zapowiedziało. Dzień wcześniej, w niedzielę 24-go byliśmy na ktg i pani dr stwierdziła, że to jeszcze potrwa kilka dni. Nie przejmując się więc brzuchalem zrealizowaliśmy jeszcze tego dnia kilka zaplanowanych akcji – spotkanie z Sambą, odwiedziny na nowym Stadionie (z cichą nadzieją, że dziecko przyjdzie tu na świat i zapewni nam darmowe bilety dożywotnio ;) ) oraz … hmmm … upodloną niewolnicę ;) Wieczorem szczerze wyznałam też córce, że się zawiodłam tym, że się nie urodziła. Nie wiem co podziałało, ale coś na pewno. W nocy o 2.50 obudził mnie pierwszy skurcz. Przeczucie kazało mi zerknąć na zegarek i obudzić męża. Liczyliśmy częstotliwość, no i były co 5 minut, a trwały ok minuty. Skurcze były słabe, ale regularne. Po ponad godzinie zadzwoniliśmy do położnej Ani. Pogadała ze mną i stwierdziła, ze mam iśc do wanny lub spać, bo skurcze podczas których logicznie i bezboleśnie oddaję się pogaduchom to jeszcze nie to o co nam chodzi.

Nie posłuchałam jej, zamiast siedzieć lub leżeć zaczęłam biegać po mieszkaniu. Bałwanowi pozwoliłam jednak spać, bo wiedziałam że już za chwilę będzie mi potrzebny wyspany i przytomny :) Sama zasiadłam przed kompem. Po pewnym czasie, tak ok 6 rano (ciągle przed kompem) wygięło mnie po wpływem kolejnego (wciąż regularnego) skurczu. Tym razem bolało i czułam początek każdego kolejnego, a wszystkie coraz silniejsze. Zaczęło się szukanie dogodnych pozycji do przetrwania skurczu – nie ma takich :) Wtedy stwierdziłam, że czas na kąpiel. Do wanny weszłam ok 6 rano i tam naszły już skurcze mocne, bolesne i częste – co 3 minuty. Ciężko było stamtąd wyjść – musiałam celować między skurczami. Podobnie jak wycieranie się, balsam, układanie włosów (no a co ;P ). I kolejny telefon do Ani. Już nie mogłam z nią pogadać więc zadowolona kazała mi zjeść śniadanie i o 9.30 przyjechać do szpitala. Tak zrobiłam, celując z jedzeniem bułki tak, aby przełknąć kęs zanim złapie mnie następny skurcz.

Mój Bałwan mocno przeżywał rozpoczętą akcję. Przeżywał tak bardzo, że chciał lecieć do sklepu po bulki, kiedy był jeszcze zamknięty. Sam też fizycznie szykował się do porodu, waląc w popłochu głową w ścianę. Sytuacja była naprawdę komiczna, bo mnie na serio bolało, a nie mogłam przestać się śmiać. Jeszcze jak byłam w wannie odezwała się Blondyna – oznajmiła że miała sen o urodzeniu dziewczynki. Nie mogła lepiej trafić. Ale nie ona jedyna, tego dnia masę osób naszło na telefon czy smsa z zapytaniem o sytuację. Jakby czuli :)

Jeszcze z domu poinformowaliśmy dwie osoby o porodzie i ruszyliśmy do szpitala. Po drodze moje miny i wyginanie przykuły uwagę Straży Miejskiej. Chłopcy podjechali do nas na światłach i pokazali, aby opuścić szybę. Gdy dowiedzieli sie, że rodzimy a skurcze są co 3 minuty, zadeklarowali eskortowanie nas w razie problemów na drodze. Nie było to potrzebne, ale i tak pojechali za nami do samego szpitala. Tam (między skurczami) weszłam do izby przyjęć, złożyłam podpisy pod dokumentami i przeszłam wstępne badanie, które pokazało, ze przyjechaliśmy z 5cm rozwarciem! Pomaszerowaliśmy więc na porodówkę. Poród odbierała położna Ania i pani dr (bodajże) Justyna – bardzo młoda osoba, która zainteresowana była w zasadzie jedynie wynikami ktg, pod które byłam podpięta aż do urodzenia Zosi.

To co wydarzyło się potem, będzie może ciężko opisać – bardzo szybko straciłam poczucie czasu, miejsca i zdolność do komunikacji. Byłam całkowicie skoncentrowana na wykonywaniu poleceń położnej, miałam jasny umysł i świadomość tego co się dzieje ale sama nie miałam nic do dodania :) Bałwan był ze mną, wspierał i rozmawiał z Anią. Pomógł trzymając mnie w mocnym uścisku, ofiarując swoje palce (na bardzo możliwą stratę), które wykręcałam w kolejnych skurczach, odgarniając mi spadające na twarz włosy i wstawiając się za mną przed Anią w sytuacjach o których wiedział, że bym ich nie chciała. Tak na przykład było, kiedy zachęcała mnie do dotknięcia główki Zosi. Obserwował KTG, personel i wydarzenia. Był taki kochany.

Jeśli chodzi o słynne opowieści z porodówki, to ani nie było kryzysu 7-go cm ani nie potrzebowaliśmy 15 kanapek na wielogodzinny poród ani batoników, aby cucić Bałwana. Nie kazałam nikomu robić cesarki ani o nią nie błagałam, nie przeklinałam ojca mojego dziecka itp. Tyko przez chwilę miałam myśl, że gdybym mogła się tylko z tego teraz wymiksować to bym to z chęcią zrobiła. Ale wiedziałam, ze się nie da. Pozostało tylko przez to przejść. Skurcze rozwierające były potężne i bolesne, wg Bałwana na skali KTG dochodziły do 130 jednostek. Dodatkowo wydaje mi się, że były wzmocnione masażem szyjki. Nie jestem pewna ale tak mi się wydaje i szczerze nie polecam. Chyba że ktoś woli jak boli dłużej ale słabiej niż krótko, ale za to naprawdę mocno. Parcie przebiegało chyba mniej boleśnie. W ostatniej fazie parłam na komendę bo nie miałam skurczy. Zawzięłam się w tym parciu tak bardzo, że kiedy zobaczyłam przed sobą wyciągnięte ręce Ani a w nich Zosiunię, byłam zdziwiona. Nie poczułam ani wyjścia główki ani całej Zosi. Owszem czuje się ogromne rozpieranie ale nie takie jak sobie wyobrażałam, że będzie.

Moje rany wojenne nie były wielkie, drobne pęknięcie i 2 szwy. Nie było nacinania. W trakcie porodu nie dostawałam też żadnych chemicznych przyspieszaczy. Po porodzie byłam obolała i w takim szoku, ze po 1. 10 min po porodzie zadzwoniłam do rodziców, po 2. nic nie pamiętam z tej rozmowy :) ) Zosia, która została przy mnie przez pierwsze 2 godziny dostała lawinę niekontrolowanych całusów. Całowałam ją jak w transie, raz za razem, jak dzięcioł co w drzewo kuje :) ) Zosiulka nie miała żółtaczki więc już 2 dni później Bałwan zabrał nas obie do domu. Ale to już zupełnie nowa historia … :)

Miłego dnia

Category: Bez kategorii  47 Comments