Archive for » Październik, 2011 «

Life goes on

Po powrocie z Zamościa wpadliśmy z rodzinką w wir szykowania dwóch imprez, które nastąpiły w kolejne weekendy. Pierwszą była pracowa, coroczna konferencja. Postanowiłam się tam pojawić w super formie, żeby pokazać, że jak mam dziecko to niekoniecznie przyjdę obrzygana i z wystającą z torebki pieluchą. Kupiłam sukienkę, rajstopy i buty – te to właściwie kupiła Tajemnica :P , bo nie miałam szans wydostać się z domu na zakupy – zamówiłam fryca (Izę) do domu, żeby zrobiła ład na głowie. Szykując się tak, miałam też w głowie zbliżające się spotkanie z jednym z szefów, który przyleciał na konfę. Mieliśmy się spotkać i pogadać o mojej pracy itp. Czułam, że nie będzie to miłe, ale nie było najgorzej. Fatalne natomiast jest to, że była to tylko fasada. Potem okazało się, że w międzyczasie zastanawiali się nad zatrudnieniem kogoś innego na moje miejsce. Mam nadzieję, że ta opcja została odsunięta. Ale nawet jeśli to nie na długo – taka karma w tej robocie, że nie wiadomo co przyniesie jutro. Ale ciągniemy do przodu, każdego dnia robię swoje wyznaczone zadania i staram się nie martwić tym, na co nie mam wpływu Pączek nam bardzo pomaga i wierzę, że zadba, aby wszystko było dla nas pozytywnie rozstrzygnięte.

Do dnia dzisiejszego nie wiem też co z moim urlopem wychowawczym. Tydzień temu miała być podjęta decyzja i, jak rozumiem, miała być mi przekazana. Siedzę jak na szpilkach. Chciałabym dowiedzieć się, że odwołanie jest rozpatrzone pozytywnie, a ja od ponad tygodnia jestem na rocznym urlopie wychowawczym, którego nikt mi nie zabierze. Chce chcę chcę!

A w ogóle to padło nam auto, stanęło na trasie, całe szczęście niezbyt daleko od domu, ale na trasie, w związku z czym gdyby nie pomoc znajomego to byłoby ciężko wrócić czymś innym niż taksówką. A to by bolało kieszeń, na pewno. Do teraz auto stoi pod domem, czeka na hol do warsztatu i diagnozę. Pewnie naprawimy padakę, bo nie jest jeszcze taka zła, ta nasza czarna dynia. Sporo z nami się najeździła w kluczowych momentach naszego wspólnego życia.

Po weekendzie konferencyjnym nastąpił intensywny tydzień z wydawaniem pieniędzy, jako głównym punktem programu. Szykowaliśmy chrzciny Zosiuni. Plan był taki, żeby urządzić obiad w domu gdyż impreza zakładała tylko najbliższą rodzinę – w sumie 11 osób. Trzeba było kupić zastawę, produkty itp. nawet obrus, bo okazało się że nie mam takiego, który zakryje stół po rozłożeniu. Nalatałyśmy się z Zosią, a jej wózek prawie pękł pod ciężarem kiełbas i warzyw. Dzień przed chrzcinami świętowaliśmy jeszcze urodziny Bałwana. Przywoływaliśmy poprzednie, od których wszystko tak bardzo się odmieniło. Zosia była jego prezentem rok wcześniej, a teraz sama mogła mu uśmiechem złożyć życzenia.

Weekend minął i był dla mnie ciężki, bo sami wiecie, co będę tłumaczyć – zamieszanie, troska czy wszystko jest takie jak powinno, opieka nad Zosią, nerwy. Bałwana teściowa jak zwykle kilka razy wypowiedziała się na mój temat, a ja mam jakiegoś pecha, żeby trafić i usłyszeć to za każdym razem. Szlag mnie trafił jak w poniedziałek znalazłam obie teściowe w mojej lodówce, robiące porządki. Były ogłoszenia parafialne i nietęgie miny. Teraz mi głupio ale cholera, zamiast zająć się wnuczka to mi dom przestawiają. Mój dom, mój bałagan i lodówka.

Intensywność ostatnich dni odciska się gigantycznym zmęczeniem, a to z kolei, jak to dziś poczułam, chyba otwiera drzwi do jakiejś infekcji. Boli mnie dziś gardło, głowa, zaczynam mieć katar. Dupa dupa i wszystko dupa.

A i jeszcze … miłego dnia wszystkim :)

Category: Bez kategorii  5 Comments

Utknęłyśmy

z Zosią w Zamościu. Wybraliśmy się całą trójką do dziadków na wycieczkę weekendową. Zastanawialiśmy się z Bałwanem, jak Zosia zniesie podróż i czy zaaklimatyzuje się w nowym miejscu. Okazuje się, że nie było się o co martwić. Zosia czuje się świetnie. Za to ja zawiodłam na całej linii. Już w czwartek miałam przeczucie, że coś się kroi, w piątek przed wyjazdem poszłam jeszcze do lekarki z lekko zaczerwienionym gardłem, żeby powstrzymać to draństwo. Ale nie udało się i tak w sobotę z temperaturą i samopoczuciem pt. zżuta i wypluta pojechaliśmy do szpitala. Zośkę karmię w masce poza tym staram się jej nie dotykać i jej nie chuchać. Razem z piersią dostaje przeciwciała więc ryzyko zarażenia jest nieduże, ale jest więc trzeba uważać. Mając więc swoje dziecko przy sobie, tęsknię jak głupia nie mogąc jej przytulić. Czas, kiedy jest z dziadkiem Zgrywusem lub babcią Słoniem na spacerze dłuży mi się niemiłosiernie. Bałwan ma jeszcze gorzej bo wczoraj pojechał do Wawy i wróci po nas dopiero w piątek. Nie zazdroszczę mu tej rozłąki z Malutką.

A ja czekam na to aż choroba minie, bo chciałabym skorzystać z tej super pogody. Zamość to fajne miasto na spacery i powietrze jest inne niż w stolicy. Poodwiedzałybyśmy rodzinkę i znajomych z przyjemnością. A i samo przesiadywanie na zamojskiej Starówce w jesiennym słoneczku byłoby fajne. No ale muszę być rozsądna i skorzystać z czasu, kiedy mam pomoc i nie tylko wyzdrowieć ale też nabrać sił po chorobie. Mam nadzieję, że zdążę i wyzdrowieć i nabrać sił i pobiegać z Zosiunią po Zamościu.

Pobyt u dziadków dla mnie jest trochę ciężki, ale nie chce mi się ciągnąć tematu. Póki co nie jest źle, a to już 4 dzień. Może coś się zmieniło? Ale tak sobie myślę, niech ja tylko poczuję się lepiej, zaraz wróci temperament i drażliwość i co? Będzie wojenka ;) ehhhh ………………..

A w tym wszystkim sobie myślę i zastanawiam się, jak to będzie z nami i Zosią. Nie chcę żeby ona mnie nie lubiła, albo żeby na mnie fukała. Ale ja też nie mam do niej takiego stosunku, jaki odbieram wobec siebie. Więc wcale nie muszę mnożyć wzorca, prawda?

Category: Bez kategorii  22 Comments