Wypijmy za to, co boli najbardziej.

Życie jest trudne. Chmury co najwyżej się przecierają, nigdy nie znikają. Zawsze w sobie widzę problem. I zawsze mam rację. I nawet intencje, dobre intencje, nic tu nie zmienią.

Kiedyś, miałam może z 10 lat, jechałam z koleżanką autobusem. Bez biletu obie. Ja w strachu, namawiałam ją żeby jednak bilet skasować. Ona, że zaraz wysiadamy, że się nie opłaca.

Przy wyjściu podszedł do mnie facet, kontroler. Zawstydził mnie, mówiąc, że koleżanka kazała mi skasować bilet, a ja tego nie zrobiłam. Puścił mnie. Ale pamiętam to do dziś. To ja namawiałam na skasowanie biletu i to ja dostałam burę za namawianie kogoś do jazdy na gapę oraz, oczywiście, brak biletu.

To zdarzenie zostało mi w pamięci. I przypomina o sobie za każdym razem, kiedy moje intencje są rozumiane w dokładnie przeciwny do zamierzonego sposób. A ja jestem postrzegana, jak ktoś totalnie inny niż jestem.

To było kilka lat temu, w trudnych dla mnie chwilach ciągnących się od dłuższego czasu. Obudziłam się rano, a w głowie „grała” mi piosenka Faih no more Last cup of sorrow. Od tego momentu dużo się odmieniło na lepsze. Dziś ta sytuacja się powtórzyła. Mam więc nadzieję, że to co aktualnie przeżywam, to faktycznie już ostatnia dawka żalu, pecha i poszturchiwań od losu i ludzi.

So raise it up and lets propose a toast.
To the thing that hurts you most.

Category: Bez kategorii
You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed.You can leave a response, or trackback from your own site.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>